I am not Magritte

poems written by Anthrakia

 

 

 

Spring. A premonition

Gloria in excelsis
and a flock of cranes
over my head, as I
cross the bridge.
Dark sands flowing.
A sigh, a soft wind
from above, almost
but not yet.
The exit wound
of the world
is bleeding.
One moment.
On the first winter's
day my feet
stray on the side
of dancing

(Warszawa, 2017)

 

*

Pass

Sky came apart, hangs flaking
over dark moldy river.
It is almost clear,
breath turning sharper,
all adds up.
Then the levee breaks
thing come forward: mud and stars,
figs, thistles, and bile.
Fishes and stones
jump upstream -
in this barren harvest
of winter. Let us stop
and listen:
something gives way.
Something roars.
Something
is sung
into being.

(Warszawa, 2017)

*

Sista december


När varen kom för sjätte gången
detta år, steg det upp
små virvlar i luften
i ett fågelrus.
De två kvinnorna
med långt grått hår,
sittandes på muren vid sjön -
Demeter och en äldre,
visare Persefone,
vände sig varmt mot varandra.
Deras himmel och min
flöt samman för en stund
och jag såg:
ingen älskar så starkt
som dessa två, och ändå kan
inte ens de göra allt bra.
Kära mor, allrakäraste dotter,
förlåt oss alla våra fel,
men mest av allt
vår likgiltighet.
Den som förädlar
och som får oss
att verka fulländade.
Hjälp oss, små
flyktiga varelser att alltid
bevara det allra finaste vi har - vår
ofullkomlighet.

(Marsaxlokk, 2017)

*

Old lead mine
Their eyes were dull,
their veins a cold descent

long

The tiny dark
where
only a child
could work
seven days a week,
except one hour
each Sunday,
reserved for Chapel.

A vein of galena
worth a thousand sparks
of love and spirit.
Roots growing upwards.
Persistently.

England, here lies your Grail
overflowing,
into underground rivers,
the lives never lived,
the tears never shed.

(Sheffield, 2018)

*

Snake Pass
The valley closes,
snow folds like dough.
Night clouds slip down the slopes,
stretch

and curl up,
side by side.

We arrive at the stone house,
and then

wheels balk,

we slide

all the way down backwards -

to land softly
in a nightful of murmuring mermaids.

(Sheffield, 2018)

*

10:21 to Leeds

The man on the train
in the thick mildewed coat
staggers and kneels.

Outside,

down by the rail tracks
the cabbage field glows,
the cabbage heads blush.

                      Great,
                      Immaculate

He gets up,
brushes off
his knee

but everything has gotten back
to drab beiges and browns.

(Sheffield, 2018)

*

The fairytale girl

Love does not
conquer all.
The hook always
brings up something
red and shivering.

When it all fell away
what remained
was a handful of gold:
rings and chains,
grains of red
burning sand.

Please, let me cry up
a sea where
it can
fall down,
and sleep.

(Petworth, 2018)

 

*

Brexit song

I don't answer that question
I say: I'm from Sheffield
It�s as close to the truth
as nothing these days

I am a walrus
I eat pierogi
I've been to Baker street
in a submarine

My mother looked lovely
in her light Biba dresses
She liked pierogi
She dreamed of gardens
green hills

I've come
from the land
of ice and snow
I watch raindrops fall
as right as
back then

I won't answer that question
You can't fool the children
Will we ever walk
green
the mountains
the hills

Do widzenia, do jutra!

(Sheffield, 2018)

*

Arachne


A game of running and weaving:
Athena the magnificent
is not moved,
she enjoys hurting you,
but not much.
She still does not care.
The riddle is inside
the tapestry, but in order
to solve it, you would need to
undo
all the rejection
you had accepted from her as a gift,
that you thought you could spin
into that other thread.
You should have known better:
that story too does not
end up well.

(London, 2018)

*

Home comet

Umbilical cord of dark matter

Protons, electrons gush

through the room, the one with the windows

full of tramways and trees

Dark neutrinos spill off

the book shelves

alphabetically ordered

(but some books hang on, fondly, by the ear)

nothing is left out in the library

(except… except…)

The presentable hi-fi,

and the generous table,

the big, wrinkled cloth

rooms with open arms,

in much more than a gesture

I remember

a time when the radiators

hummed, and the smell of coffee

conquered all,

an unfinished

bottle of red wine and

two glasses, two flip-flops; really,

what more

does one need to believe

in kinship. Unconditional

love.

The place with strings

of morning sunshine,

the promised home, even if

not promised. Whatever.

The dark lining has always been there.

Dark gravity that

filters through ribcage

Starry hunger,

old wound, old bond.

(Sheffield, 2018)

 

*

Taki niebieski
Moje miasto jak nowe w tym niebie
Do twarzy nam obojgu,
do tańca

Jak mogłabym
zapomnieć
ten kolor bloków osiedla
za Żelazną Bramą,
w domyśle tramwaj za tramwajem,
cała gama chodników i spóźniony
neon

Tak samo jak wtedy wierzę
we wróble w włosach, w bliskość tafli
światła, schodzę po schodkach
w sam środek mnogolistnej kotliny,
gdzie można schować się tak,
że absolutnie
nic się nie dzieje

Jest tylko to, co jest:
Kropla kosmosu

(Warszawa, 2018)

*

Of spring feet
and eyes tickle
around
starstuck winter.
It holds
hoarse frost.
One angel just
turned into salt.
The ticking
is not a bomb,
the whirr not
wheels.
We are not pipe dreams.
I am not Magritte.

(Warszawa, 2018)

*

 

Dosyć.
To źródło przestało
bić dla ciebie, Ateno.
Pora stać się człowiekiem.

(Warszawa, 2018)

*

Marzec 2018

Ani liścia, ni źdźbła,
chodnik – biały dywan,
władczy.
Widzę w twoim oku
moje, z twoim, i tak
aż do dna.

Jednak
słychać ptasi okrzyk ulgi,
puls żywicy uderza
do głowy.
Słodki śmig ziemi
już prześwituje.

Wiosna wstrząśnie światem.

(Warszawa, 2018)

*

Stopami, stopami

Nic nie przeczuwając,
Warszawiacy codziennie przechodzą
pod czeremchą,
przechodzą pod gniazdem wron,
przechodzą pod niebem,
pod jemiołą,
pod palmą na oknie.
W studzience dudni.
W uskoku cegły
otwarły
oczy małe zwierzęta.
Coś oddycha w ścianie.
Przechodzimy codziennie przy sobie,
bark koło barku,
biodro przy biodrze.
W ziemi schował się grzmot.
Tramwaj, zanim nadjedzie
brzmi w szynie.
Przechodzimy codziennie obok siebie:
kropla w kroplę,
lud Ziemi.

(Warszawa, 2018)

*

Tide
You could meet anyone.
Who knows who walks
silently here,
and I have seen two of them
laughing.
Early you still
see footprints
follow. They cross
the floor.
A presence rubs benign against
the building's ribcage,
stranger
than this shade can hold.
The floors flicker.
The stillness barely happens.
It is the tide
against the pulse, shadow
longer than angle's fall.
Never white,
not once.

(Warszawa, 2018)

*

Dowód na istnienie światła

My tacy skromni tutaj
stopami na trawie,
rękami na biodrach.
Wiosna zerwała ludziom
ważność z piersi. Nagle
tacy gibcy w pasie na tej ścieżce,
tak skłonni szumieć w liściach,
giąć się, jakby miasto
było śpiewką.
Gdzieś między piętą a dużym palcem
jest punkt oparcia;
ruszyła bryła.
Jakby nikt nigdy serio nie brał
ni władzy, ni śmierci.

(Warszawa, 2018)

*

Day
Home is not always where
we came from, and all roads
do not lead forward.
There have been promises
but the land’s membranes
no longer elastic,
call no thunder.

The world is sticky.
The ribcage of that old whale
is still full of sound, it goes round
and round.
If God has spoken
there is nobody there
to hear.

What is worst is not
the fear, nor froth;
it is the random regularity
that keeps
mocking the day.

The whole history of conquest is a misapprehension.
Let us be human one more time.

(Geneva, 2018)

*

Spår
De sa på radio
att min svenska
inte längre fanns.
Stockholmsdialekten var borta;
nu säger man rahka,
inte reka.
Den bara tog slut.
Vinden blåser som den själv vill
och en grop i sanden
är inte en saknad.
Kanske är den ett spår
efter luftens trampdyna.
Sånt händer
ibland.

(Geneva, 2018)

*

Wędrowiec

Burze chodzą po mieście,
chmury, mokre ptaszyska
trzepią skrzydłami.
Drogi wypełnione są nocą,
po cichu idzie wędrowiec,
ten, co już przeszedł dwie mile.
Serce śniącego Boga wybucha, wizja
wypełnia się bielą;
tryskają zwierzęta – biały królik,
stado białych owiec, biała kózka
ostatnia, powoli. Granice są miękkie,
z puchu; tego nikt nie przewidział,
na mapie zabrakło treści,
tylko ostrość konturu.
Głębina nie zna barw, aż nie pęknie,
w chwili zawrotu fala jest mroczna.
Szum nie rozgrzewa,
nie studzi, nie znaczy.
Dopóki przypływ nie grzmotnie,
stawiajmy opór każdego dnia.

(Warszawa, 2018)

*

Aves


Niebo pełne jaskółek
wbrew chmurom - tak wysoko.
Za to księżyc
drapieżny,
krąży nisko nad ziemią.
Widziałam krzak dzikich róż
pod same niebo
i coś, co wie tylko jedna osoba.
Tyle dobrych omenów
a czasy tak mroczne.
Ziemia, serce dzwonu,
drży w wychyleniu.

(Warszawa, 2018)

*

Urban Demeter


Demeter walks the city.
She walks in mysterious ways.
Yes, there is spring in her footstep.
She makes it hard
to believe in straight lines.
She lets rail tracks
ramble round poppies,
frees dandelions
to take to the sky.

When she walks
everything but the truth
falls away –

just like that

(Warszawa, 2018)

*

Tam, gdzie chce

Niech będę kością pustą w środku,
salą po ciszy,
niech będę szumem w liściach,
wdechem w słowach.
Niech będę miejscem
i północą.

Jeżeli można.

Widziałam madonnę ptaków
i madonnę ludzi,
tym razem przyszła
w postaci ojcowskiej,
z dobrym dziobem,
dobrą dużą dłonią.
Jaskółki latają po dwie, po trzy,
nikt
nie musi być sam.

Drzwi się otwarły,
lato idzie - już śpiew,
już
płowość serca.

(Warszawa, 2018)

*

Lustra

Nie bój się piły, młota, ostrych
krawędzi, niespokojnych uskoków.
Bój się luster. Niosą wszędzie
swój płaski osąd. Bez barw, nawet
bez ciemności.

Skała i kropla,
młot i kowadło,
bruk, gwiazdy. Wszędzie zostaje
przynajmniej szpara
bez dopełnienia.
Czekając na coś, czego
nie potrafi określić.

Lustro nie ma Drugiego;
gładkie, staranne,
nie szarpnie,
nigdy nikogo
nie spotka.

(Warszawa, 2018)

*

Kropla i skała

Kropla drąży skałę,
ale nie plastik - nigdy,
nie przezroczystą
gładką ścianę
przez która światło
wpada spodlone.

Skowyt
juz był. Teraz
przyczyna trze o skutek.
Skry idą po kościach.

(Perugia, 2018)

*

Sybilla

Maria, siostra mojej babci
miała warkocz jak kometa.
Rozmawiały we dwie o Sybilli
i o tym, jak do kuchni wpadł
kulisty piorun przez okno.
Ich matka
przykryła go fajerką.
Od tej pory coś zamieszkało
w kominie. Po śmierci Marii
jej mąż upierał się, że żona
we śnie kazała
mu rozpruć ścianę.
Podobno opukiwał, przykładał ucho.
Młodzi kręcili głowami -
na starość Szczepan
zaczął wierzyć w sny.

(Brescia, 2018)

*

Human cities

Our cities, deathmasks

of what we have been,

of what we would have

become. The futures that

haunt us, the different ways

of being human

together.

Layers upon layers

of pots, dice, stone limbs, shards, braziers,

Roman streets that sometimes

get to keep wheel tracks and names,

tombstones still speaking,

long after listeners all went.

Cities within cities,

dust to dust, ashes

to fires that once warmed

and homed.

Cities, the costumes, rags and robes

that clothe the naked

human sociality.

(Thessaloniki, 2018)

*

Splinters
How could we believe
that what began
with a fratricide
was the golden future
as promised by the billion prophets
of hard work and thrift

How could we think we weren't the keepers
of hills of Sarajevo,
of Athens and Kos,
of the drowned man Jesus

Whatever comes through did not come unannounced
The Muses deserted us
only the Kindly Ones are still
with us

(Vergina, 2018)

*

 

Jej góry

Góry wzięły się z tęsknoty
Ziemi za gwiazdami,
a w każdym razie
z łączącej je granicy.

Moja matka Krystyna
lubiła chodzić po górach.

Szukała miejsca,
gdzie nikt nic nie mówi.
Szukała kogoś,
z kim by mogła pomilczeć.

Żeby przez chwilę być
i tam, i tu.

(Ioannina, 2018)

*

Ikon

Alla skriker åt sina mobiler
i en ton som annars
bara används när man
tilltalar en argsint idiot,
tämligen lomhörd,
inte särskilt
mild.

Den lilla ikonen,
full av verkligheter
som varken tros eller dyrkas,
den som så gärna speglar
en själv.

(Edessa, 2018)

*

Refund ticket supper

Born into greatness,
stranded in a vast windswept room
with flowing music and white tabecloth
somewhere in Spain.
In between the feasts
of saint Mary's and Yom Kippur -
mother and daughter,
both soft on the retina,
the flickering light
of a faraway star.
Czekhov's sublime bordeom
spilling out on an impressionist background:
an eternal breakfast
late in the night.
One of the scenes
with no fixed place
in life's stories
that stay, even though
their surrounding vectors have long lost their edge.
(Thessaloniki, 2018)

*

soda

dining car two women weeping
one silent man no food one soda
she behind counter
they in neon blue
smooth floor
no shadows
someone, a hunch
on the outside looking it

(Warszawa, 2018)

*

Credo
Boże Baudelaire'a, Boże Nietzschego,
spoglądasz w nas od tysiącleci,
nie zsyłasz już ognia i siarki,
czterdziestu dni deszczu,
nie ślesz nocą anioła
który idzie przez miasto z szacunkiem
dla krwawego pędzla.
Królestwo, które nam obiecałeś
przeliczyliśmy na futures.
Studnię zalaliśmy betonem.
Wierzę już tylko w zmartwychwstanie
i że kwiaty trysną
ze stali i szkła.
(Stratford-upon-Avon, 2018)

*

Ariadne
Rozszarpano narody ludów, kwiatów, poetów,
zadźwięczały paznokcie o dno -
naród krwi.
Krew o krew woła, krew krwią wybija.
Z labiryntu żył -
naczynia
świata połączone.
Za późno by wzywać anioły,
one blade, bezkrwiste.
Została już tylko rzeka,
tak samo nie ta sama -
ona jest nicią
do ujścia.
Żeglować jest koniecznością.
(Stratford-upon-Avon, 2018)

*

Till Jorden

En människa föll till Jorden
någonstans nära Odenplan.
Hon tog emot henne
i sin hårda famn,
gave en snabb kyss i pannan.
Blodet kom flödande, ett regn av tårar.
Min dotter, allt är nu förlåtet,
allt kommer att bli bra igen.

(Stockholm, 2018)

*

 

Önskning

Jag lämnade mina skor på Gotland.

En vän sa att vill man tillbaka,
så ska man göra så. Gömma ett par
nergångna dojjor.

Skorna väntar, uppfyllda med drömmar,
som sakta späs ut med platsens luft.

När lösningen fått en jämn klarblå färg,
är allt redo.

För säkerhets skull
bäst att klä sig i blått.
Man kan ju inte veta
när det lyfter.

(Stockhom, 2018)

*

Imagine

Imagine there's no internet,
it's easy if you try.
No online forms or forums,
around us only air.
Imagine all the people
touching things with their hands.
You may say I'm a dreamer
but dream is still offline.
One day it will eat us,
swallow us
bones and all.

(Berlin, 2018)

*

And if we ever were to be forgiven,
please let it be before the winter arrives,
while we have not yet settled
for the obviously clear
and when betrayal is still betrayal,
even when it is all clean and crisp.
If redemption comes,
let it be in autumn,
in the pouring rain,
in the mud.

(Berlin, 2018)

 

*

W lepszych czasach...

W lepszych czasach śmialibyśmy się częściej w niebo, jak kundle,

nosilibyśmy spodnie w ciapki, ręce w kieszeniach,

w gębie fajkę, na głowie czapkę

w ciemki, w motylki, dla hecy.

Ci spośród nas, którzy mają cięższą rękę, nie rzucaliby

krzesłem w osobę im podwładną – raczej

opowiadaliby o wakacjach spędzonych na sianie,

w lepszych czasach.

W lepszych czasach nasi bracia ze smutkiem pod żebrami

nie wypełnialiby każdego snu własnym głodem,

własną niepowstrzymaną żądzą chwały –

milczeliby częściej pod gruszami, wybuchali potokiem

trudnych słów nad stawem.

Lew spałby czasem obok baranka,

bo tak też może być,

wilk przebierałby się

w owczą skórę dla czczej próżności, dla fantazji.

Młodość byłaby szumna, człek zachłysnąłby się

marzeniem o długiej drodze, o wznoszącym się kurzu.

Dziecko biegałoby z uniesionymi rękami,

dorosły czasem też, orzech bywałby

niekiedy świeży i cierpki.

W lepszych czasach liczylibyśmy mniej,

a kochali więcej. Zawiść byłaby zawiścią,

a wdzięczność – niekiedy wdzięcznością;

rano, wśród jaśminów biegacz nie mógłby się oprzeć wierszom.

Lubilibyśmy szelest, gołębie, landrynki, pełnię księżyca, długie słowa,

przecudną ludzką słabość, wielką kruchość chwili,

co cesarskie oddalibyśmy cesarzowi, co ludzkie – człekowi.

Każdy mógłby kiedyś zabłądzić, zagapić się w rzekę, zaczytać.

W lepszych czasach.

(Sheffield, 2018)

*

I am November

I am November
I am the man without fate
The one small step
Into the darkness
The driver of the dreamtrain that has been delayed
I come from a hole in the present
Along the cord from the body of Eve
I am the smallest part, too small to add up
The bone, perfectly empty inside
I speak through marginal poets
Into the heart underneath the lava, no bypass, no detour
I am the word too slight to have earned a sound
Too small to be shrugged off
I am a passenger of dust
I am November

(Sheffield, 2018)

*

Persefona naprzeciwko mnie w knajpie
Nie jedz, dziewczyno z tego talerza.
Są darmowe obiady,
ale kiedy podają ci
ziarna granatu, pomyśl dobrze
zanim spróbujesz. Wypij kawę –
jest krzepiąca,
dobra, gdy wyruszasz w drogę.
Zostawia kręgi na papierze –
o takie.
Wierzę w konieczność wędrówki,
wierzę w korzenie –
jedno drugiego nie wyklucza;
drzewa to wiedzą
i ja też wiem o czym mówię –
uważaj na granat.
To ziarno tylko czeka,
by strzelić korzeniem
z twoich trzewi w ten
najcięższy z gruntów.
Kto posiądzie władzę,
ma na własność
wszystkie królestwa, cały ich przepych,
i nigdy nic
oprócz.
(Stockholm, 2018)

 

*

Swansong

The plastic bag swan takes flight,
Sings
His plastic swansong.
The music’s over.
Friendless and shirtless
We stand, placebo drugged
Seers, naked but for
The bones of ice.
Ithaca is just a name,
Roseless, while the
Wind sweeps clean
The streets
Of empty cities.

(Stockholm, 2018)

*

Czy będzie komu
Wszystko już było. Jednooki
na swoim koniu
przemknął, ktoś zamknął drzwi.
Drogą przez bagna
szli lepsi od nas,
wyrzekali się tego, co mieli najmilsze.
Czasami nazwy pozostają:
Lasek Brzozowy, Trzy Lipki,
Ruczaj. Komu zabetonowano nozdrza
nie krzyknie i nie westchnie,
nawet jeśli by wiosna przyszła.
Jeździec, którego posadzono
na koniu
- zamiast -
spaść kiedyś musi.
Ale czy będzie wtedy jeszcze
komu podać rękę

(Biskupiec, 2018)

*

Annunciation
He never wore his coat of many colours
until it grew all damp,
a cloud on his shoulder.
Too heavy. Too late.

Forgiveness is not failure,
and generosity not a weakness.
The stones all accounted for.
Too late.

They devoured the dregs
but saved up the bread
for some other time,
for some other rain.
Not enough: barely there.

Ice that melts on the tongue
may have been carrying the tide
but the water revealed him.
He was human. He wept.
See, there was no choice:
they had to betray him.
Then the rain came down.
Too bloody. Too late

(Olsztyn, 2018)

*

Sandals

Leave haemorrhage of love,
leave highways and rivers,
and shortcuts, and cracks.
Leave promises broken.
Leave the other's
innocence that never
turned to experience.
Sorrows adopted, then taken
away;
leave petals and dust.
Leave sandals.
Walk on barefoot.
Happy new year

(Olsztyn, 2018)

*

Wiersz z warkoczem

dla Karoliny Matyjaszkowicz

Znałam komety
Bywało, że miały
długi, jasny warkocz
Bywało, że leciały lekko
nad polami, gdzie
Karolina zbiera kolory
Bywało, że śmiały się z nas,
potrząsały grzywami-tęczami
I bywało, że kochały kwiaty,
takie same a inne,
tak samo, inaczej
jak my

(Olsztyn/Warszawa, 2019)

*

In praise of endings
Oh Othello, you should have known –
The one you called friend could not do otherwise
He desired your earnestness
At his heel. So acutely. He was building a wall.
But his hands were on fire.
He knew who you were.
You should have known better, Othello,
Not where the current leads,
One rarely knows that,
But you should have welcomed it
As a gift: betrayal
Is an ending; even in tales of redemption
Nothing comes after.
No more need to absolve,
To explain, to try to win over.
Oh Othello, you should have stayed your hand,
You should have known this.
Betrayal comes to tales as mercy,
It comes humbly, patiently.
No need to look back.
So why did you. All that begins with the void
Never ends.

(Warszawa, 2019)

*

Lovesong
Sun, mooning,
Moon, sunning,
Comets, coming in,
Meteors, planetoids, fastforward stars,
Humans, starry eyed,
Starful Earth, Mother of Many
And never of only the few.

(Sheffield, 2019)

*

Ludzie

Miasto nielotów, podlotków, latawic -
w tramwaju pod wiatr, w autobusie z nurtem
nawigujemy, mylimy ślady; jeden mały krok
dziennie dla ludzkości.
Miasto niebieskich ptaków i lilii gotowych
by zapuścić korzenie.
Podajmy sobie ręce,
bywamy tacy piękni,
gdy czasem się zdarzy, że o nic
nie chodzi.

(Sheffield, 2019)

*

Racja

Mieliście rację,
że człowiek i wilk, dawaj smutni bracia,
że trzeba dorosnąć,
i nieważne, co mówił na ten temat człowiek z Nazaretu,
że białe jest białe i dlatego lepsze,
że dzień zaprzecza nocy, a noc - zawsze ciemna.
Mieliście rację, że trzeba uznać
fakty za fakty,
gnój za gnój,
twarzą w dół, bo inaczej te gwiazdy
za jasno świecą, przeszkadzają
prosto rzygać.
Mieliście rację,
że każda złota myśl składa się z błyszczącego gówna,
że każdy powiew wiosny niesie śmierć.
Stopy sięgają ziemi, głowa w chmurach - to tak,
jakby człowiek prosił się o piorun. Więc
mieliście rację.
Ale tylko nią. Racja - wasza,
nasza cała reszta.
Czemu tak wyciągacie po nią łapy,
czyżby jednak jakaś
wątpliwość?

(Warszawa, 2019)

*

Jeansy
Założyć cudne niebieskie jeansy,
jak samiutkie kwietniowe niebo.
Ach, przejść ulicą aż do Skarbka
i dalej, dalej, w Katowice.
Spadają płatki białe i złote,
ptaki chwytają je w dzioby, oczywiście.
Może jest już jutro, ale nie to
pasujące do wczoraj;
jakieś inne, dzikie.
Orbita przyszłości,
tamtej, spod Skarbka,
w jeansach najbłękitniejszych,
z wiatrem wokół ucha, gdy mówiłam:
nigdy nie śnią mi się zadane lekcje,
śni mi się szum stratosfery.
Jaka cudowna strata czasu

(Katowice, 2019)

*

"Better hold my tonge"...

They picked up my coat of many colours,
wore it until it grew dull and damp
with their sweat of success.
Then they let it fall. It lay
still, the body weighted and found
wanting. The spectacular position of weakness
Is love empty, is devotion antidote
to mirrors, darkly.
To move forward is good fortune to the stranger.
They smothered my coat of many colours
It died bleeding dust
bleeding lust
bleeding a heart, just like mine.
Stranger in strange desert sand.

(Kraków, 2019)

*

Dla Włodka

kiedy człowiek był dzieckiem
myślał jak dziecko, patrzył jak dziecko, miał oczy
większe niż podwórko, miał palce
sięgające kwiatów mięty, sięgające
do nieba;
tak było i taka jest prawda -
jeżeli lustro zaszło mgłą, po prostu
wyrzućmy lustro

(Warszawa, 2019)

*

Traktor lata w oddali
Okna marzą o łące
Nadchodzi, zaprawdę nadchodzi

(Berlin, 2019)

*

Endnote

The glass is all we are left with
But much lighter now, much
Cleaner, it is everywhere,
Face to face, an endless
Conversation, which, in the end,
Does not even require
Our presence. But then
I began to dream blue, and it
Became apparent how it keeps
Flowing through, filling in
The aquariums

(Berlin, 2019)

*

Iskra

Ręka Boga zadrżała -
niebo tak jasne, muszla
na skalistym brzegu, Jakub z Aniołem
ramię w ramię idą piaszczystą drogą.

I pomyślał, że przecież sam powiedział
tamtego dnia, że niedobrze jest,
by człowiek był sam.

Na końcu świata iskierka
zatrzepała skrzydłami

(Kraków, 2019)

*

Nasz blok

Gdy z naszego bloku wyprowadzili się, jeden po drugim,
aspirujący mieszczanie, unosząc ze sobą
dziecięce wózki, rowery alpejskie, szaliki wiązane w pętlę,
pojawili się oni - pasażerowie, czasem stłoczeni,
na ogół osobni.
Potem do mieszkania wyżej wprowadziło się dziecko diabła.
Diabeł nie bywa uchwytny, dziecko całymi dniami
biega wte, z powrotem, wte, z powrotem.
Czasami zatrzymuje się i krzyczy, krzyczy
całą czernią tego świata.
Rury, tkliwe struny, drżą w uniesieniu.

(Warszawa, 2019)

*

Ulewa

Zwykle to mi się nie zdarza,
ale gdy leje - nie wystarczy
że pada, musi lać jak za czasów Noego -
ludzie na ulicy uśmiechają się do mnie.
Zmokła pani bajglarka,
zakonnica w habicie oblepionym
na nogach,
pan z postawą nurka,
pani za zrezygnowanym straganem.
Może dlatego, że w niebieskim szaliku pasuję
do świata,
a może te strugi zmywają z nas
maski - warstwę po warstwie -
i zostaje tylko to, co na samym spodzie,
jak koty z Cheshire.

(Kraków, 2019)

*

Wiosna wróci

Jutro wszystko będzie dobrze.
Wróci wiosna, spotkamy się na mieście.
Między domami znajdzie się dokładnie taki
skrawek ogrodu, jakiego nam trzeba.
Człowiek człowiekowi będzie kromką chleba.
Niebo zakasze rękawy i wysypią się
jaskółki - parami, trójkami, całymi zdaniami,
jak litania, albo jak dziecięca rymowanka.
Szeptem i liściem
przemówię do ciebie.
Przecież wiesz, że tak.

(Warszawa, 2019)

*

Surfacing

I used to wake up in terror,
the faceless creatures still
streaming through the darkness
upwards, in dustlike currents.
Grateful for having made it
to the shore, I clutched it
with hands and feet,
shaking from the effort.

You have no skin,
my mother kept telling me,
it's time you should grow some.
But I knew I did not
need to; I still knew, back then, where
I'd left it.
(Caythorpe, 2019)


 

Back

Back to Index