ORZECHOWA

Monika Kostera


Stół

Srebrzysta szarość górnego rogu pokoju, poniżej wrażenie obecności dużego mebla - wiem, że tam stoi szafa, na którą później uwielbiam się wspinać, by patrzyć na pokój tak samo, tylko inaczej - ale nie widzę jej tam jeszcze, tylko czuję, że ona tam jest. Na dole po prawej jest zasłonięte firanką okno, ale też go nie widzę - patrzę tam, w górę, w róg, gdzie łączą się jasny sufit i ściany, których koloru nie umiem określić. Nie wiem, czemu w tym kierunku patrzę, nie mam jeszcze świadomości własnej obecności, nie ma mnie w środku - więc jest to idealna wizja, samo widzenie, niezakłócone niczym, niekomentowane i z niczym innym niezwiązane, jak medytacja. To musi być wrażenie bardzo wczesne, zanim zaczęłam chodzić, bo całkowicie niezależne od topografii pokoju i tworzywa sprzętów. Później przeżywam już przestrzeń bardziej namacalnie, razem z obrazem wytryskającego spod stołu światła i jednoczesną ciemnością belki przytrzymującej blat. Mam wrażenie ciepłej szorstkości drewna, jego lekko orzechowego zapachu; jego wysokość i sąsiadujące krzesła wyznaczają granice moich ruchów. Wiem, że mogę wyciągnąć ręce w bok i przed siebie, ale nie w górę. Stół jest moim pierwszym przyjacielem, środkiem Wszechświata, tym, co później nauczyłam się nazywać punktem oparcia. Na jego blacie rozgrywa się niedostępny i poważny świat dorosłych, tam stoją rzeczy, których nie wolno dotykać, leży obrus, za który nie wolno ciągnąć, koncentruje się uwaga siedzących przy stole na krzesłach, której nie wolno rozpraszać. Pod stołem jestem jednocześnie wolna i bezpieczna, choć nie znam jeszcze żadnego z tych słów. To jest stan czysty i rajski, sprzed pojęć, wyznaczający treść świata i będący jego wzorcem, tak jak wzorzec metra w Sevres pod Paryżem. Jednocześnie stan nienadający się na miarę do przykładania w późniejszym życiu, bo sprzed wielkiego wybuchu rzeczy i wrażeń, gdy były one jeszcze tak silnie połączone ze sobą i spojone, że wszelka myśl o rozłączeniu wydaje się nie tylko absurdalna, ale z gruntu fałszywa. Wolność i bezpieczeństwo razem, a do tego szorstkość dywanu, orzechowy mrok nad głową, niedorosłe części stołu, bez wazonów, obrusów, a także bez wygładzenia i połysku "tamtej”, wierzchniej strony, którą obserwuję tylko siedząc na kolanach osoby dorosłej. Kiedy tak siedzę, muszę zachowywać się inaczej, być cicho, nie przeszkadzać, bo cała tamta strona jest właśnie taka - gładka, uporządkowana, zajęta. Pod stołem panuje mroczna i świetlista anarchia, świat, o którym dorośli nie mają pojęcia i którego nie należy im wydawać. Nie wiem, czemu i nie znam jeszcze zasad gry dwóch światów: dzieci i dorosłych, ale ta moja wyłączność podstolich obszarów wydaje mi się oczywista. Nie należy zwracać uwagi dorosłych na tę bezpieczną wolność, nie należy ich tam przywoływać, ani prowokować do zajrzenia. Lecz kiedy oni zajmują się sobą i swoim światem, ja tu rządzę. Później, sporo później, zaczynam oplątywać włóczką nogi mebli, przewlekam ją od nogi do nogi, dorośli mówią na to "zasieki” i myślą, że to zabawa zaczerpnięta z uwielbianego przeze mnie serialu "Czterej pancerni i pies”. Możliwe, że stąd właśnie ten pomysł mi przyszedł do głowy, ale tu nie chodzi o maskowanie miejsca postoju Rudego, ani o utrudnianie drogi przejazdu opancerzonym pojazdom. Nie, to mój kokon, który teraz właśnie przędę, bo przeczuwam, że niedługo będę musiała go opuścić, otaczam się nim jakby na przekór pędowi komórek, radosnym komentarzom dorosłych: "O, już niedługo wyrośnie ponad stół”, przestrzeni, która robi się coraz ciaśniejsza. Kiedy stanę prosto, moja głowa czuje zdecydowany ucisk od góry. Jednocześnie stół jest teraz bardziej namacalny niż kiedykolwiek dotąd, moje palce zsynchronizowane są ze wszystkimi zagłębieniami i rysami w drewnie, znam podłużne koleiny struktury słojów, wiem, że intensywny brąz blatu od spodu jest w dotyku jednocześnie szorstki i puszysty, zupełnie inaczej, niż dywan, który jest tylko szorstki. Wiem już, że dywan jest zielony i że ma wyspy innych kolorów; spienione światło wywabia mnie coraz częściej poza moją rajską przestrzeń podstolną, wzywają mnie zwłaszcza rogi i brzegi dywanu, ale wolę poszukiwać ich, gdy w pokoju nie ma dorosłych. Dywan rozpostarty jest na drewnianej jasnobrązowej podłodze, bardzo gładkiej i chłodnej. Wszystko, co gładkie podporządkowane jest prawom i zasadom, które znajdują się poza moim zasięgiem, których często nie rozumiem, ale które stanowią jakieś ważne granice w świecie dorosłych. Mój świat jest mechatym rewersem, szorstką, stawiającą opór palcom anarchią, przyciągającą białe nitki lewą stroną. Mój świat mierzwi i splątuje, czochra, wichrzy. Pachnie przy tym zupełnie inaczej, niż dorosły świat gładki i chłodny, wydziela woń drewna, kurzu i jakby orzechów. Nic zresztą dziwnego, mieszkam na ulicy Orzechowej, więc wszystko tu ma naturalny związek z orzechem. Później, dużo później, odkrywam całe pomieszczenia takich rewersów na strychu domu, to tak jakby mój stół dzieciństwa spotęgowany i zwielokrotniony; na razie schody prowadzące na górę są ściśle wzbronione (choć odkrywam je któregoś dnia, są równe, chłodne, ukryte w cieniu, niby dorosłe, ale jednak paradoksalnie poza zasięgiem ich ścieżek i uwagi; zauważam, że łatwiej po nich jest wejść, niż zejść).

Stół, podobnie jak całe wnętrze, przestał istnieć. Któregoś dnia został wyniesiony na zewnątrz, deszcz i wiatr zaczęły drążyć w jego gładkiej stronie rysy, tunele, wgłębienia, zaczęły mierzwić politurę, czochrać powierzchnię. Jednak kolor tego zwichrzonego stołu był całkiem inny, niż kolor mojego świata rewersu, podobnie jak zapach - były pozbawione mocy i witalności anarchii, wiotkie i zblakłe. Chcę myśleć, że stół umarł stojąc, jak drzewo, z którego się narodził, że wtopił się w ziemię, spoił świat burzliwego rewersu z gładkim światem prawej strony.

 

 


 

Orzech

Dom stoi przy ulicy Orzechowej. Uważam, że to jest naturalny porządek rzeczy - ulica z orzechami to ulica Orzechowa, gdyby była z kasztanami, to nazywałaby się Kasztanowa. Ta myśl przychodzi jednak dopiero później, gdy spotykam po raz pierwszy kasztanowiec, na razie jedynym moim wielkim drzewem jest smukły orzech włoski, rosnący pod moim domem. Jego gałęzie wznoszą się zbyt wysoko dla moich ramion, nawet dla ramion dorosłych, ale wystarczająco blisko, by pozwalać liściom zsuwać się ku oknu, by utrzymywać huśtawkę ze sznurka i jasnych deseczek, na której huśtam się, najpierw ostrożnie, pod okiem starszych, a potem na stojaka, w pełnym locie, jak nauczyli mnie chłopaki. Na mojej ulicy pod każdym domem rośnie orzech i każdy jest trochę inny. Niektórzy mają ich kilka, są też mniejsze i starsze domy bez orzechów, ale one nie są interesujące, bo nie mieszkają tam dzieci. Tak już jest - jeśli w domu jest dziecko, to jest też opiekuńczy orzech, do obejmowania, wspinania się, huśtania. Mój jest najpiękniejszy z nich wszystkich, strzelisty, gładki z wyglądu, a jednocześnie matowy w dotyku. Ma piękne, silne i zarazem subtelne gałęzie, które wznoszą się aż do nieba. Latem harcują w nich wróble, mają tam swój bazar, a może swój duży pokój, gdzie spotykają się i bezustannie coś do siebie mówią. Przez gęstą, zieloną koronę ledwie prześwituje w pogodne dni niebo. Światło pod orzechem jest soczystozielone, pełne delikatnych splotów i zawirowań. Tak samo żywo jak wróble, poruszają się na trawie pod drzewem cienie liści, jak one wprawiane w ruch własnym pulsem. Orzech dzieli swoją uwagę między wróble a mnie; nie jestem zazdrosna, nie przyszło mi to do głowy, bo nigdy nie czuję się przez niego opuszczona, nigdy nie daje mi do zrozumienia, że woli te małe, lotne stworzonka, które bez problemu przeskakują z gałązki na gałązkę, podczas gdy ja muszę się porządnie rozpędzić na huśtawce, żeby na chwilę móc zajrzeć między jego liście. Orzech stoi solidnie, łącząc ziemię z niebem, nawet nie drgnie, gdy wznoszę się i opadam z huśtawką. Gałęzie innych orzechów na tej ulicy, dźwigające huśtające się dzieci, uginają się czasem i schylają, wpadają w rytm bujania. Mój nigdy tego nie robi. Ale to nie jest tak, że jest nieporuszony, że nie zwraca uwagi na to, co się dzieje wokół. Nie, po prostu ma w sobie taką pełną pogody i światła siłę, łagodną cierpliwość dla mnie, tak samo jak dla wróbli, i nigdy nie brakuje mu uwagi i czułości, by przygarnąć nas wszystkich jednakowo. W jakiś sposób czuję, że wróble są moimi braćmi i siostrami, a orzech naszą wspólną matką, nikogo nie faworyzującą. Każdy spośród wróbli jest tak samo ważny, i ja też, każde z nas może całkowicie orzechowi zaufać, przylgnąć do niego, każde czuje, że jest kochane. Dlatego miłość ma dla mnie zielony kolor, świetlisty, soczysty, niewyczerpany i niemożliwy do wyczerpania, tak jak powietrze, tak jak słońce. Kiedy myślę o wybaczeniu, mam przed oczami przestrzeń pod orzechem, taką, jaką jest w lecie, blisko smukłego pnia, w zasięgu łagodnego skinienia liści.

Jesienią orzech zmienia kolor, ale nie przestaje być cierpliwy i kochający. Pachnie wtedy intensywnie orzechowo, staje się skupiony i bardziej zamyślony, tak jakby jego wewnętrzne światło zaczynało przemieniać się w sok, ciężki, brunatny, taki, jaki wypływa z łupin dojrzewających orzechów i plami palce. Uwielbiam takie mokre jeszcze nie całkiem dojrzałe orzechy; te wysuszone nie dają tej samej radości, należą bardziej do świata ludzi, a te, znalezione pod drzewem, jeszcze nie. Jedząc je, żywię w sobie moją orzechową naturę, podobnie jak wróble, które wydziobują białe kawałki orzecha spośród brązowych łupin. W ten sposób orzech uczy nas, jak to jest być orzechem, pozwala nam zażyć magiczny eliksir, który pobudza do istnienia naszą wewnętrzną naturę drzewa. Do dziś wiem, jak to jest być drzewem, bo momentami nim bywałam. Wiem, jak drzewa są szczęśliwe, wiem jak cierpią. Do dziś pozostało we mnie coś z natury drzewa, bo umiem żywić się światłem, bo bez światła moja dusza wysycha i parcieje. Wcale niekoniecznie musi to być spowodowane porą roku, bo każda pora roku ma swoje światło, nawet zima, gdy drzewa śpią - nie, brak światła bywa raczej jak otchłań, jak pustka, ale taka prawdziwa, pustka niebędąca ani tym, ani owym, niepozostawiająca miejsca na nic, co mogłoby zaistnieć. Zimowe drzewo śpi, ale jest czujne na obecność tych, których kocha. Kiedy gładzę korę mojego orzecha w zimie, czuję chłód, letnia aksamitna szorstkość pnia przeistacza się wtedy w chropowatość, ale drzewo odpowiada czymś w rodzaju westchnienia, tak jak śpiący mocno pies, delikatnie głaskany wzdycha, ale nie otwiera oczu. O czym śnią drzewa w zimie? Czy zdarzają im się senne koszmary? Czy bywa, że budzą się nagle, szarpnięte silnym porywem wiatru i potem długo nie mogą zasnąć z powrotem, znużone i wyczerpane?

O ile zimą dominuje dom i ogień, to latem orzech jest najważniejszy. Mimo, że jego gałęzie nie sięgają do końca ogródka, to jednak wszystkie inne rośliny i drzewa są tylko rozswawoloną dziatwą; orzech ma wszystko i wszystkich na oku, przestrzeń jest jego przestrzenią, częścią jego duszy. Nawet nad domem roztacza swój jasny, opiekuńczy byt. Jego liście oświetlają wnętrze dużego pokoju, tego ze stołem, i dlatego w dzień zawsze w środku powietrze jest chłodno i przejrzyście zielone. W nocy cienie jego liści opowiadają niesamowite historie, które zabieram ze sobą do moich snów. W jakiś sposób wie, co się dzieje wszędzie wokół, ale nie z próżnej ciekawości, tylko dlatego, że wszystko jest ważne, dopóki on tam stoi.

Nowi właściciele domu zrobili wielkie porządki; wycięli orzech i zalali miejsce po nim betonem.


 

Strych

Na początku jest to miejsce surowo wzbronione, bo grozi pożarem, spadnięciem ze stromych schodów. Kilka lat później jest moim, wprawdzie półlegalnym, ale jednak, królestwem, w miejsce stołu, z którego wyrosłam. Czas pomiędzy to moje pierwsze doświadczenie zasiedzenia, stopniowego oswajania zakazów. Przestrzeń jest duża, składa się z dwóch stryszków: składowisk rupieci i miejsca na rzeczy w stanie przejściowym: schnące pranie, suszące się sery i kiełbasy, i z pokoju, który nazywa się "góra” i w którym w lecie lubi sypiać mój dziadek. Pokój jest spartański, skromnie urządzony, nie ma w nim żadnego ogrzewania. Stoi tu tylko szafa z ubraniami w stanie przejściowym - w lecie zimowymi, a w zimie letnimi, wąskie łóżko i mały stolik pod oknem. Na ścianie wisi portret ślubny babci i dziadka, ten w eleganckich strojach miejskich (drugi, w ludowych strojach do ślubu, wisi na dole) i obrazek z dzieckiem przechodzącym przez most i czuwającym nad nim Aniołem Stróżem. Kiedy robi się ciepło, okno jest prawie zawsze otwarte na oścież, wprawdzie wychodzi na ślepą ścianę domu sąsiada, ale można przez nie patrzeć na gołębie wylatujące ze strychów: naszego i sąsiada. Przez cały rok słychać ich gruchanie, ale w lecie brzmi ono inaczej, jest w nim radość i energia, która udziela się całemu pomieszczeniu. Mieszkają w klatce na dużym stryszku przy oknie, gdy jest ciepło mogą swobodnie wylatywać przez lufcik, co też bardzo chętnie robią. Wydaje się, że spędzają całe dni wlatując i wylatując, ich bezustanne kursowanie pomiędzy zewnętrzem a strychem sprawia wrażenie jakiejś zabawy, w której nie przeszkadzam im wcale, gdy jestem na górze, zdają się być nią całkowicie pochłonięte i nie zwracają na mnie najmniejszej uwagi. Gołębie nie są dziećmi orzecha, one mają swoje własne ścieżki i swoje zajęcia, w okolicach lufcika na strychu i gdzieś daleko, wysoko, poza terenem domu; tylko dziadek jest dla nich partnerem i przyjacielem, zlatują się, gdy do nich gwiżdże. Ja też umiem tak gwizdać - nadal pamiętam sygnał - ale do mnie nie chcą przylecieć. Babcię też ignorują, choć próbuje zwabić je ziarnem. Oprócz gołębi mieszkają na strychu myszy, które zostawiają tam swój ostry zapach i bobki, ale nigdy żadnej nie widziałam, z wyjątkiem truchełek tych, które dały się nabrać na kawałek serka w pułapce. Przez pewien czas mamy szarego kota Tygryska, który przynosi truchełka do kuchni, a babcia chwali go i głaszcze, pozbywając się trofeów zdecydowanym gestem.

Na duży strych prowadzą malutkie drzwi, w sam raz dla mnie (potem muszę się już schylać, gdy tam wchodzę). Lufcik daje trochę światła, ale często używam kategorycznie zakazanej świeczki, bo trudno jest w półmroku rozróżnić szczegóły, a one są tu najciekawsze: stare tekturowe walizki pełne książek, staroświeckich, wymiętych ubrań, zdekompletowanych naczyń, zabawek i gier planszowych, którymi bawiła się kiedyś moja mama, nieprzebranych i tajemniczych skarbów, które pochodzą z innego świata, ze świata opowieści, tak samo jak Czerwony Kapturek i Baba Jaga. Niektóre rzeczy znoszę na dół, przede wszystkim książki i stare pisma, a inne zostają tu, na górze, gdzie rozkładam je wokół siebie jak puzzle i pozwalam im opowiadać różne historie. Czasami przebieram się w to, co znajdę: w niebieską sukienkę z połyskliwego materiału, w łowicki pasiak, który jest dużo za duży, ale jeśli się siedzi bez ruchu, to jest akurat w sam raz. Przymierzam wielkie wykrzywione buty; mniejsze rzeczy, takie jak chusteczki i rękawiczki, czasami zabieram na dół. Nikt nie zwraca na to uwagi, dopiero wtedy, gdy uzbiera się tego większa ilość, babcia wzdycha: "Znów naznosiłaś rupieci, zabierz to z powrotem tam, skąd wzięłaś i poodkładaj na swoje miejsce”. Zanoszę, odkładam, chociaż nie wiem, gdzie jest właściwe miejsce tych rzeczy, ale nikt tego nie sprawdza tam na górze, są już poza zasięgiem zwykłych domowych ścieżek i praw. Czasami próbuję rzeczy, które się suszą: twardej jak kamień kiełbasy (jest tłusta i bardzo smaczna), serka, którego nie przypominam sobie, byśmy kiedykolwiek jedli na dole (jest bardzo słony, twardy, ale też delikatny, nadal szukam czegoś takiego na straganach i w sklepach z regionalną żywnością, bez skutku). Płomień świeczki drży, gorąca stearyna parzy palce. Jakimś cudem nigdy niczego nie podpaliłam.

Drugi stryszek jest jeszcze bardziej surowo zabroniony i zaczynam go zwiedzać dużo później, gdy mieszkam już w innym miejscu, a tu spędzam wszystkie wolne od szkoły dni. Małe duszne pomieszczenie mieści się po lewej stronie od schodów i nie ma tu w ogóle okna, panuje całkowita ciemność. Zanim zapalę świeczkę wchłaniam mrok pomieszany z gorącym zastałym powietrzem - nie wchodzę tu w zimie - prawdziwy, głęboki, nieskończony. Mimo, że bardzo nie lubię zamkniętych pomieszczeń, tu nie czuję się zamknięta, zwłaszcza kiedy jest całkiem ciemno, to miejsce otwiera się w innych przestrzeniach i właściwie jest czymś w rodzaju przedsionka przepastnych otchłani, ale nigdy nie miałam odwagi, by sprawdzić, jakich. Zawsze zapalam w końcu świeczkę, patrzę, jak na ściany wypełzają głębokie cienie, jak mroczne płomienie wydobywają się z porozstawianych pod ścianami pak i słoi. Tu też zdarzają się ciekawe stare rzeczy, nieużywane, ale niewyrzucone, tylko przeniesione do własnego świata, jakby na emeryturę: postrzępione paski, zblakłe plażowe kapelusze, kawałki materiału w różnych kolorach i kształtach. Wszystkie one są jednak zbyt dalekie od biegnącej na dole rzeczywistości i nigdy niczego stąd nie zabieram, wyciągnięte z mroku straciłyby pewnie sens, tak samo jak żyjące w głębinach przezroczyste ryby, które nie wykształciły zmysłu wzroku, bo nigdy nie był im do niczego potrzebny.

 

 


 

Samoloty i tramwaje

Samolot jest pierwszym pojazdem, jaki poznaję, wcześniej, niż samochód, nawet wcześniej, niż rower. Dom stoi blisko lotniska, więc samoloty były z nami cały czas, szczególnie ich dźwięki: starty, lądowania, rozruch silników na lotnisku. Dorośli mówią, że są nieznośne, że drżą od nich szyby w oknach - i rzeczywiście, drżą, zwłaszcza niektóre, te w holu przy schodkach, ale mnie to zupełnie nie przeszkadza. Samoloty są odkąd pamiętam częścią tego miejsca, tak samo jak orzech, tak samo jak gołębie. Najbardziej poruszający jest dwumruk lotniskowy, dźwięk, który wydają z siebie samoloty zwłaszcza rano, możliwe, że dlatego, że budzą się i prostują skrzydła, dźwięk jest jakby głośnym wdechem i wydechem, zbieraniem się w sobie, rozważaniem energii. Potężny rumor obejmuje całe powietrze, wyzwala w cząsteczkach współ-łomotanie i żarliwy hurgot, odzywają się okoliczne basy i pozwalają rzeczom, by wyżaliły się, wylały z siebie cały smutek nocy. Samolot jest nie tylko pierwszym basistą, ale dyrygentem, zawiera ze wszystkim wokół w dźwięczne przymierze, które ma w sobie zarówno potężną moc, jak dogłębny żal.

Wiem, czym jest samolot, bo dorośli pokazywali mi lecące nad ogródkiem maszyny, a któregoś dnia odprowadzamy mojego ojca na lotnisko i wtedy widzę wszystko z bliska, wiem, że startujący olbrzym niesie na pokładzie ludzi, w tym, mojego ojca. Kilka lat później, w wieku pięciu lat, sama po raz pierwszy lecę samolotem, pod opieką stewardessy. Z całej podróży pamiętam tylko podchodzenie do lądowania, kiedy zniżamy się i widzę w dole ogródki i poznaję w nich naszą ulicę, tak samo jak w koledze niewidzianym od trzydziestu lat poznaje się tamtego chłopca z przedszkola, nie w sposób powierzchownie oczywisty, ale w środku, poza bezpośrednią wizją, wie się, że to on i że nic się nie zmienił. Pamiętam też lotnisko, gdzie o mało nie wywołałam międzynarodowego skandalu, bo za szklanymi drzwiami dzielącymi halę przylotów od części powszechnie dostępnej widzę mojego dziadka, więc zamiast stać w kolejce do kontroli paszportów, idę w tamtą stronę i otwieram drzwi. Ten moment został bardzo dokładnie w moje pamięci - przejrzyste, szare światło przenikające przez taflę szkła w drzwiach, obramowanych metalem, także szarym i jednocześnie przyćmionym i połyskliwym, szara podłoga, na której ścielą się splatające się nurty dnia i sztucznego światła, a tam, po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki - on.

Trochę później uczę się od chłopaków nazywać samoloty: LOT, KLM, AirFrance. Wypatrujemy ich sylwetek, kto pierwszy jest w stanie zauważyć, z jakiego maszyna pochodzi kraju, krzyczy na całe gardło: Ruski!, Holender! a inni patrzą z uznaniem. Nie jestem w tej zgadywance na czas bardzo dobra, ale nauczyłam się je rozróżniać w swoim tempie. Nie wtedy, gdy przelatują tuż nad głową, brzuchy mają wszystkie takie same, dopiero z oddalenia można zobaczyć kolory i charakterystyczne symbole różnych linii. Ciekawe, że nie interesuje mnie wcale, dokąd lecą, nie marzę, patrząc na nie, o podróżach, jedyne, co jest w nich interesujące, to sam fakt ich istnienia, ich rytm dnia, budzenie się i branie przez nie w posiadanie przestrzeni, jak kłębowisko magicznych stworzeń, wielkich, pozornie tylko oswojonych smoków.

Zupełnie inaczej jest z tramwajami. To tramwaje są poważne i odległe, służą do przemieszczania się do innych światów. Dorośli czasami zabierają mnie gdzieś dalej, z wizytą do znajomych albo do dentysty, i wtedy trzeba przejść spory kawałek ulicą Włochowską, później przemianowaną na Łopuszańską, do dużej ulicy, po której jeżdżą tramwaje. Moje pierwsze spotkania z nimi są raczej podniosłe, ich wnętrza przesycone ciepłym brązem, siedzenia z drewna, duże szyby, przez które można wyglądać na ulice. Babcia potem opowiada, że, ku zadziwieniu pasażerów, opowiadałam całymi, poprawnymi zdaniami o tym, co widzę za oknem, choć chodzenie nie wychodziło mi jeszcze najlepiej. Ale przecież nie ma w tym nic dziwnego, to tramwaj tak pędzi, że przyciąga opowieści i słowa, historie, które w domu lub w ogródku kiełkują powoli i rosną, tu nabierają tempa, wyrywają do przodu. Mija się samochody i drzewa, a wieczorami neony i Pałac Kultury, i słychać dźwięk pędu szyn, magnetyczny i nie do powstrzymania.

Są w okolicy jeszcze pociągi, za polami jeździ kolejka ekade, w którą czasami wsiadamy, by odwiedzić rodzinę spoza Warszawy. Przez cały dzień wydają swoje własne odgłosy, ale najlepiej ją słychać po zmierzchu, gdy samoloty idą spać i wszystkie inne dźwięki powoli wygasają. Najbardziej charakterystyczne jest brzmienie jakby dzwona, rytmiczne metaliczne uderzanie, które rozlega się, gdy kolejka zbliża się do przejazdu. Ten dźwięk wyznacza granice przestrzeni i chyba granice miasta - o mieście dowiedziałam się później, niż o samolotach - nie mówi właściwie nic o kolejkach, raczej jest głosem samej przestrzeni. Zresztą kolejki też nie budzą mojego zainteresowania jako środki lokomocji, ani nawet pękate czerwone autobusy, które jeżdżą ulicą Włochowską, ale do których rzadko się wsiada, bo przecież można przejść do tramwaju na piechotę. Tylko tramwaj jest pędem, wolnością, świstem, kojarzącym się z prawdziwą drogą, z awanturniczą przygodą i zanurzeniem we wrażeniach bez umiaru, które można chłonąć, ale nie można nimi kierować, powodują, że traci się kontrolę i grunt. Później, gdy częściej zdarza mi się jeździć tramwajami, z babcią na targ, albo sama po mieście, to wrażenie nieco się rozmywa, ale jego korzenie nadal we mnie tkwią. Podłoga, która się przemieszcza blisko nad gruntem, tak, że czuje się jego sąsiedztwo i przyciąganie, stopy unoszące się na tej latającej powierzchni jak na magicznym dywanie, prosta trajektoria, coś w rodzaju nieodpartego szlaku: jak strzała, jak zew dali, jak los, jak samo życie. 

 

Zielsko

Gałązki na poziomie palców, bardzo wczesny obraz, idę ulicą Włochowską i dotykam rosnących wzdłuż chodnika krzewów. One rosną razem ze mną, mogę dotykać ich także później, mają małe twarde listki, a wiosną, niewielkie białe kwiatki. Po drugiej stronie jest rów, tak samo jak wzdłuż chodników na Orzechowej, w deszczowe dni płynie tędy niezbyt przejrzysta woda, a kiedy jest sucho, to królestwo zielska. Pnie się i rozkwita, wybujałe, dzikie, panoszą się łodygi, liście i kwiatki, czasami zdarza się też samosiejka nasturcji (częściej) lub floksa (rzadziej). Ludzie ani im nie przeszkadzają, ani nie sprzyjają, zielsku zresztą to kompletnie nie jest potrzebne, z każdej powodzi i suszy wychodzi w końcu zwycięskie, plenne, wonne. Zielsko pachnie zielono, kolor zielony jest czasami światłem, jak w przypadku orzecha, a czasami zapachem, jedynym w swoim rodzaju, niezbyt głębokim czy zniuansowanym, ale za to bardzo nośnym i hojnym. Czasami zdarza się, że spotykam ten zapach wiele lat później i zawsze wtedy zatrzymuję się i staram z nim zrównać, ale on rzadko pozostaje dłużej w jednym miejscu, jest na to zbyt lotny, zbyt śmigły, jak pszczoła bardziej, niż jak kurtyna. Są takie miejsca, gdzie pojawia się częściej i wracam tam, klucząc i zawracając. Czy jest to zapach jakiejś konkretnej rośliny czy też całych ich skupisk, tego nie wiem. Wiem, że nie sposób go zatrzymać, bądź wytropić do konkretnego źródła. Wokół rowów występuje w postaci prostej i oczywistej, tak samo jak owady, często motyle białe i żółte i błyszczące stonki wypasające się na liściach kartofli, które co jakiś czas wyrastają z wyrzuconych przez kogoś do rowu łupinek. Są też wytrwałe zielone roślinki, których małe twarde owocki nazywam papryczkami, używamy ich z koleżankami do gotowania potraw z błota. Jest sporo traw, wysokich i niskich, kwitnących puszystymi ogonkami i szerokich, soczystych, które syn sąsiada zbiera dla króli, które trzymają w klatach w swoim ogródku. Są koniczyny, wypatruję czterolistnych, ale w rowach ich nie ma, zdarza się też dziki szczaw, który zrywam i jem, bo uwielbiam jego trochę ostry, kwaśny smak. Są też różne kwiatki, przede wszystkim różowe dzwoneczki, które także oplątują siatki, margerytki, żółte mlecze i małe niebieskie gwiazdeczki. Dziewczynki zbierają te kwiatki i robią z nich widoczki - zakopane w znanych im tylko miejscach kompozycje z kwiatków pod kawałkiem szkła, najlepiej do tego nadają się odtłuczone denka przezroczystych butelek po mleku. Dziewczynki pokazują mi widoczki i jest to dzielenie się tajemnicą - "nie mów nikomu”, albo "pokażę ci sekret” mówią, gdy odsłaniają szybkim ruchem, zewnętrznym kantem dłoni schowane w piasku cudo. Widoczki bardzo mi się podobają i z fascynacją oglądam te, które pokazują mi Agnieszka i Gosia, ale sama nie umiem zrobić takiego, który podobałby się koleżankom, ani nawet mnie samej. W moich zawsze dominują mlecze, za którymi przepadam, które bardzo szybko stają się bure, często gniją w ziemi i zamiast kolorowego widoczka wychodzi coś, co przypomina kompost, który wszystkie uważamy za coś strasznie obrzydliwego.

Mlecze to zresztą moja tragiczna miłość, ulubione zielsko, któremu zdarza się rosnąć w naszym ogródku, na trawniku pod orzechem. Mlecze są żółte i kosmate, uwielbiam je zrywać i głaskać, ale dorośli nie pozwalają mi tego robić i krzyczą, kiedykolwiek mnie z mleczami widzą. To czasy sprzed alergików i alergii; ciągłe zapalenie spojówek tłumaczone jest niestosownymi zachowaniami - dziecko ma czerwone oczy bo je zatarło, a u źródła tego tarcia były prawdopodobnie jakieś substancje, może rośliny. Nie wiem, czemu padło na mlecze - może dlatego, że mnie z nimi ciągle widziano tej mojej pierwszej ogródkowej wiosny, a może przez skojarzenie kolorów - mlecze - króliki - czerwone oczy. Nie mogę się zresztą powstrzymać przed dotykaniem mleczy przez wiele lat, zatem wszelkie kichania i łzawienia natychmiast kojarzone są z tą niedozwoloną działalnością. "Znowu zatarła oczy mleczem”. Po kryjomu próbuję też, jak one smakują, ale to nic nadzwyczajnego. Wąchane także nie robią większego wrażenia, ich zapach jest całkowicie neutralny, jak deszczowa woda. To w kolorach zawiera się ich urok, skondensowany i tak żywy, że nie sposób się powstrzymać przed dotykaniem. W zimie maluję je, zużywając zawsze w pierwszej kolejności zieloną i żółtą kredkę.

Sąsiad mieszkający kilka domków dalej hoduje króle. Jego syn, Adaś, zbiera dla nich zielsko i czasami pomagam mu je karmić. Są lękliwe, ale dają się obłaskawić, zwłaszcza, gdy przynoszę im trawę i mlecze. Uwielbiają mlecze, znikają szybko w ich ruchliwych pyszczkach. Zdarza się, że dają się wtedy pogłaskać, ale bywa też, że są w złym humorze i wtedy można zostać pogryzionym po palcach.  Adaś  wyjmuje je z klatek, sadza sobie na kolanach, pokazuje mi, jak odróżnić samczyka od samiczki. Kiwam głową, ale nie widzę specjalnej różnicy. Wyprowadzamy kiedyś jednego na spacer do rowu, pilnujemy z dwóch stron, żeby nie uciekł, ale nie musimy tego robić - jest tak pochłonięty tym małym króliczym edenem, że nie zwraca absolutnie na nic uwagi, kica od roślinki do roślinki, obwąchuje je, niektóre zjada, czuję, że jest bardzo szczęśliwy. Może dlatego nazywa się król, bo rzeczywiście jest królem, tyle że pozbawionym przez większość czasu swego królestwa, dopiero tu, w rowie, wśród szalonego, nieopanowanego żywiołu zieleni, jest na swoim miejscu, jako niepodzielny władca zielska.


Letnia kuchnia

Tu kąpię się w zimnej blaszanej wanience, tu jadło się filety z karmazyna. Nie lubię jeść, uczucie zakłócenia, zaburzenia, które jedzenie wywołuje niepokoi mnie i odrzuca, tak samo jak gorączka, albo kłujący sweter.  Rytuały jedzenia nie kojarzą mi się dobrze, ale z jakiegoś powodu fascynują mnie filety z karmazyna. Chyba ze względu na nadzwyczajne brzmienie słów, skontrastowane z czymś bardzo zwyczajnym, a nawet nieprzyjemnym. Teraz myślę, że gdyby wtedy ktoś wpadł na pomysł, by mówić do mnie długimi, niezrozumiałymi zdaniami przy obiedzie, byłabym o wiele bardziej skłonna przynajmniej spróbować tego, co na talerzu.

Ale kuchnia letnia to nie tylko jedzenie i mycie się (dorośli też tu się myją, w dużej białej miednicy i w kubełku) kuchnia to naczynia, zapachy i dźwięki. Wczesne obrazy pełne są ich, a także ludzi i cieni, siedzimy wszyscy razem i jest już po zmierzchu, bo pali się ciepłe światło elektryczne, spływające miękkim kręgiem na pokryty ceratą stół, zajmujący prawie całą ścianę pod oknem. Po jego trzech stronach są krzesła i stołki i na nich właśnie siedzą ludzie. Stół zastawiony jest naczyniami z jedzeniem. Wokół stołu krążą przejrzyste cienie, coraz głębsze, im bardziej od niego oddalone. Przy ścianie naprzeciwko drzwi stoi duży biały kredens, jego obecność jest kojąca i jednocześnie wszechogarniająca, podobnie jak obecność mojej babci, która nie siedzi przy stole z innymi, lecz czuwa nad wszystkim osunięta w głębszy cień w rogu pomieszczenia.

Babcia rządzi w letniej kuchni. Prawie zawsze można ją tam zastać, jak pali pod kuchnią, szykuje dżemy na zimę, obiera ziemniaki, tłucze kotlety, a potem macza je w mleku, jajku, mące i tartej bułce. Czasami po prostu siedzi przy stole, nakrytym ceratą i czyta książkę, popijając wystygłą herbatę z kubka, albo kroi na cząstki jabłka, obiera ze skórki, wykrawa zgniłe kawałki, a potem z namysłem zjada jasne cząsteczki, patrząc w okno i słuchając radia. Z kuchni zawsze dobiegają dźwięki: bardzo często jest to radio, które gra melodie ludowe, przemawia patetycznym, rozciągłym głosem, albo żywo i emocjonująco komentuje, co się dzieje na boisku lub na trasie Wyścigu Pokoju, a wieczorami nadaje Matysiaków, których babcia uważnie słucha. Innych audycji babcia nie słucha, one po prostu jej towarzyszą w ciągu dnia, kiedy zajęta jest pracą. W południe z naszej kuchni, podobnie jak ze wszystkich kuchni w okolicy, rozbrzmiewa przerywany sygnał, a potem hejnał z wieży Mariackiej.

Babci palce poruszają się błyskawicznie, bezbłędnie odmierzają, trafiają, zgniatają. Lubię patrzeć, jak przygotowuje domowy makaron, najpierw rozwałkowuje ciasto, aż przybierze postać elastycznej, przejrzystej płachty. Babcia podnosi je ze stolnicy i trzyma z dwóch stron, jakby demonstrowała mi jakąś szczególnie ciekawą dzianinę. Tak naprawdę nie zwraca się wcale do mnie, wiem, że robiłaby wszystko dokładnie tak samo, gdyby była zupełnie sama. Potem posypuje ciasto mąką i składa je jak pościel na zimę, w wielowarstwowe podłużne wałki. Wtedy zaczyna się najciekawsze - przy pomocy dużego noża babcia odkrawa wąskie paseczki, wykonując błyskawiczne, precyzyjne ruchy nadgarstkiem jednej dłoni, a drugą przesuwając pasek ciasta do przodu. Na stolnicy, z prawej strony, pojawiają się mączne serpentyny, sprężyste i sypkie. Prawa strona przyrasta szybko i objętościowo nieproporcjonalnie - nitek jest dużo więcej, niż płaskiego ciasta, z którego pochodzą. Przy krojeniu makaronu babcia czasami śpiewa: "jedną rączką zaciereczki gniotła, druga rączką przywitała Piotra”. Zdarza się, że zamiast pracowitej bohaterki tej piosenki pojawia się inna, gnuśna Maryna, której nie chce się gotować pierogów i ciągle posyła swojego Macieja po różne niezbędne rzeczy na podwórko i do miasta, a potem mówi mu, że nadal czegoś kluczowego brakuje. Śpiewa też inne piosenki, o kaczkach i gąskach, o dziewczynie, która idzie górą i prosi swojego chłopaka, żeby poszedł doliną. Ociera zamączone dłonie o fartuszek i czasami chwyta się pod boki, jakby była jedną z tancerek zespołu Mazowsze, który bardzo lubię oglądać w telewizji, najbardziej wtedy, gdy dziewczyny, poprzebierane w łowickie pasiaki, tańczą oberki. Babcia i dziadek pochodzą z okolic Łowicza i ja też lubię wyśpiewywać, trzymając się pod boki: "Łowiczanka jestem”. Wtedy babcia uśmiecha się cała twarzą i przyciska obie dłonie do piersi, jakby chciała mocno przytulić tę piosenkę.

Kuchnia zawsze pełna jest łagodnych cieni. Wieczorem elektryczne światło wywołuje je z kątów i wprawia w ruch wokół stołu. W dzień światło słoneczne wpada przyćmione przez okno, wychodzące na ganek i tuż za brzegiem stołu rodzi się chłodny, wartki cień, nawet w gorące dni. Przy ścianie pod kuchnią dniem pali się ogień, czasami babcia zdejmuje fajerki i wtedy patrzę, jak płomienie wyskakują na wierzch jak delfiny z wody, wyglądają na powierzchnię i chowają się z powrotem. Na ogół ogień szumi lekko, ale czasami pohukuje i trzaska, zwłaszcza, gdy na kuchni gotuje się zupa ogórkowa, którą dziadek bardzo lubi. Babcia rządzi ogniem, wykonuje nad nim królewskie gesty, czasami coś mu podaje, czasami przygniata fajerkami. Fascynuje mnie, że on zawsze pokornie się jej słucha, mnie nie wolno się do niego zbliżać. Przy babci jest potulny i poskromiony, choć nie kocha jej; to nie jest miłość, to jest całkowita, bezwarunkowa uległość.

Nad kuchnią wisi wyszywana niebieską nitką na białym płótnie makatka z podpisem: "Jak ja gotuje, to wszystkim smakuje”. Obrazek przedstawia młodą energiczną kobietę z taką samą kuchnią, jak nasza. Na kuchni stoi rządek garnków i garów.

Słychać zgrzyt furtki, dziadek wraca z pracy, widzę go jak zbliża się do domu, a babcia już wystawia na stół talerze i sztućce. "Dobrze, że jesteś, Jasiu, siadaj szybko, bo wystygnie”. W pomieszczeniu rozchodzi się lekko kwaśny, troszkę warzywny, koperkowy i ziemniaczany zapach nalewanej dużą aluminiową łyżką ogórkowej.


Komórka z narzędziami

Był moją pierwszą Lévinasowską twarzą, pochylił się nade mną i zobaczył nie tylko małe dziecko, ale moją duszę i ucieszył się na jej widok. Moim pierwszym słowem, tak nieprawdopodobnym,  tak oczywistym, jest: dziadzia.

Komórka pełna jest narzędzi. Stoją na drewnianych półkach w pozornym bezładzie, ale wszystko tu jest na swoim miejscu, to przedłużenia jego dłoni, przy ich pomocy jest w stanie zrobić wszystko, paląc papierosa, lekko uśmiechnięty, milczący, całkowicie pochłonięty pracą. Praca, narzędzia i on - to jedno, w rytmie, który czuję także ja, współdziałają niemal nadnaturalnie, powołują do istnienia przedmioty codziennego użytku, albo, częściej, naprawiają coś, co przestało działać, wylewają beton, smołują dach. Pomagam mu i wtedy mogę uczestniczyć w tym procesie tworzenia, dobrym i doskonale sensownym. Jestem z nim, kiedy naprawia dach, podaję gwoździki, którymi zabezpiecza krawędzie papy, patrzę, jak wylewa smołę na spojenia. Jestem, gdy przeciąga elektryczność do holu, zawiesza lampę i razem czujemy triumf sukcesu, gdy po pstryknięciu włącznika (ja!), rozbłyska w całym, głuchym dotąd pomieszczeniu, światło. Kiedy jestem starsza pomagam coraz więcej, najpierw prostuję gwoździki, potem już je przybijam, pod jego okiem, zdzieram papierem ściernym warstwy starej farby i rdzy, wygładzam powierzchnie do pomalowania, wypełniam nierówności szpachlówką. To ostatnie wiem, że wychodzi mi bardzo dobrze, wiem, że jest zadowolony, choć nie mówi zbyt wiele, ale kiedy pracujemy razem, to wyczuwam wszystkie nuty i niuanse wspólnej pracy, wiem, kiedy trzeba podać młotek, a kiedy pilnik, wiem, o którą piłkę do metalu mnie prosi i natychmiast wszystko znajduję, bo w jego komórce na narzędzia logika miejsca, jakie rzeczy zajmują jest jasna i naturalna. To, co dla kogoś z zewnątrz wygląda na chaos, jest w gruncie rzeczy skomplikowaną organiczną strukturą, wynikającą z samych narzędzi i z tego, do czego można ich użyć. Nigdy z taką łatwością niczego nie znajduję, jak w komórce na narzędzia, pozbawionej oświetlenia, ciasnej, anarchicznej. Tak jak wiem, że mogę przestawiać w domu wszystko, byle by nie śmiecić i nie chować rzeczy poza zasięg działań babci, tak rozumiem, że w komórce nie dotyka się niczego, jeśli nie wymaga tego wspólna praca i bez problemu potrafię powstrzymać się przed takim impulsem. Kiedy go nie ma, bo spędza większość czasu w pracy, w swojej prawdziwej pracy przy wielkiej maszynie, gdzie kiedyś go odwiedzam, i kiedy bardzo mi go brakuje, wchodzę do komórki stoję tam przez chwilę bez ruchu. Wiem wtedy, że niedługo wróci, że przyjdzie do domu, umyje ręce i zje obiad, a potem może coś razem naprawimy, może zmontujemy razem stolik pod kwiatek.

W komórce stoją narzędzia ogrodnicze, szpadle, grabie, motyka. Nie interesują mnie za bardzo, o wiele bardziej pociągają mnie te mniejsze, te z półek: pilniki, młotki duże i małe, obcążki, w tym jego ulubione, wielofunkcyjne, które nazywa klapcążkami, dłuta i dłutka, przeróżne śrubokręty (wiem dokładnie, gdzie jest który z nich). Narzędzia są z ciemnej, litej stali, podbiegłej lekko rdzą, jak krwią, mają idealnie gładkie trzonki, przepojone pracą, wypolerowane przez dziesięciolecia dłońmi, dotykającymi ich stanowczo, z szacunkiem, coraz bardziej bezbłędnie, niemal anielsko, coraz bardziej stającymi się do nich podobne. Dziadek jest wykwalifikowanym szlifierzem, jego dłonie są najszlachetniejszą rzeczą, jaką znam, wyrzeźbione przez całe życie ciężkiej, precyzyjnej pracy. Wypadek przy szlifierni skrócił jego środkowy palec prawej ręki i paznokieć, zostało po nim tylko wąskie pasemko. Kiedy trzyma między palcami swoją ulubioną fifkę z ciągle ćmiącym się papierosem bez filtra marki sport, dłoń sprawia wrażenie zbyt dużej na tak kruchy przedmiot, jak dłoń olbrzyma w świecie zwykłych ludzi. Jest tak dlatego, bo wiem, jak bardzo jest silna, bez najmniejszej trudności podnosi beczkę z deszczówką, ładuje węgiel do piwnicy z taką lekkością, jakby to była zabawa. Czasami mocuje się ze mną na ręce i kilka razy wygrywam. Czuję, że dał mi wygrać, nic innego nie jest możliwe, ale, z drugiej strony, czuję też, że pożyczył mi na chwilę swojej mocy, przesłał mi ją jak prąd elektryczny po naszych splecionych dłoniach i dlatego mogę nagle triumfalnie położyć jego dłoń na stole: "Wygrałam!”, a on cieszy się chyba jeszcze bardziej, niż ja.

Kiedy nie pracuje, siedzi na ławeczce pod orzechem i pali swojego wiecznego sporta, strząsając popiół do blaszanej popielniczki, która sama wyklepałam dla niego w prezencie. Czyta Przegląd Sportowy albo pożyczoną z biblioteki książkę, najbardziej lubi przygodowe: Hrabiego Montechristo albo Trzech Muszkieterów. Siadam wtedy obok niego, cichutko jak myszka, z własną książką i czytamy razem. Na początku jest to obrazkowa książeczka o szopie praczu albo wiersz o lokomotywie z grubymi panami, obżerającymi się kiełbasą. Zawsze się śmieję, kiedy dochodzę do tego miejsca. Potem - inne książki, też często przygodowe, o Tomku u źródeł Amazonki albo o Winnetou. Na stole leży nóż z wygładzoną bakelitową rączką i spracowanym ostrzem, zwężającym się w połowie swej długości i bardzo ostrym. Przy pomocy tego noża wykrawamy zdrowe cząstki jabłek, a kawałki zgniłe i środki z nasionkami wyrzuca się do kompostu. Co jakiś czas daję susa do ogródka i wybieram spod jabłonek kilka ładnie wyglądających owoców. Nic nie mówimy, bo nie ma takiej potrzeby. Czytamy książki, jemy jabłka, on co jakiś czas sięga po swojego nieodłącznego sporta w szklanej fifce.

Niedawno śnił mi się, siedzący pod orzechem na ławeczce. Patrzyliśmy na siebie bez słowa i zrozumiałam, że przez jego świetlistą, pełną radości ze spotkania twarz prześwieca inna, głębsza rzeczywistość, podszewka światów, która nas spaja, która przenika wszystko, wszystkie drogi, całe życie; zrozumiałam, że patrząc tak na niego, widzę oblicze samego Boga.


Fryzjer, magiel i sklepy

Kiedy jeszcze jestem tak mała, że nie można mnie zostawić samej, babcia zabiera mnie ze sobą w różne codzienne miejsca: do fryzjera, do sklepu, do magla. Fryzjer jest przy dużej ulicy, tam, gdzie jeżdżą tramwaje, na parterze szarego domu. Jest tam zawsze dużo pań i wszystkie chyba się znają, albo reagują na siebie, jak stare znajome. Babcia czuje się jak u siebie, wymienia ze wszystkimi kilka słów, wita się z fryzjerką, która patrzy na mnie sceptycznie. "A dziecko nie będzie się nudziło?” Babcia wykonuje uspokajający gest dłonią: "Pani znajdzie jakieś gazety, jakieś pisemka, ona usiądzie sobie w kąciku i się zajmie”. Fryzjerka przychodzi z naręczem pism: "Ale tylko fryzjerskie mam z obrazkami”, mówi, nadal niezbyt przekonana. "Nie szkodzi, poprzegląda sobie z obrazkami, a te przekroje sobie poczyta”. "Poczyta? Takie małe dziecko?” "Ano tak, sama się nauczyła czytać. Nie wiem, jak to się stało, któregoś dnia wchodzę do pokoju i patrzę, dziecko siedzi nad gazetą i coś mówi do siebie. Podchodzę bliżej, a ona czyta całe długie słowa.” "I coś z tego rozumie?”, kiwa głową fryzjerka. Słowa, cudowne, fascynujące słowa, jak kolory, nie ma potrzeby ich rozumieć, napisy na sklepach po drodze tramwajem: Elektra, Pinokio, Balbina, Kino Ochota, długie słowa w gazetach, tak samo magiczne, jak motek włóczki znaleziony kiedyś, motek o przedziwnym kolorze, którego do tej pory nie umiem nazwać, choć świetnie pamiętam - teraz kojarzy mi się z postaciami świętych u Fra Angielico, ta sama ciepła, niepokonana energia, coś pomiędzy różem, żółcią, a kolorem pomarańczowym, może też trochę purpurą i złotem. Pisma fryzjerskie są ciekawe, przekroje o wiele bardziej. Wpatruję się w nie długo, szczególnie fascynuje mnie ostatnia strona, historyjki obrazkowe o panu i piesku, wierszyki, krótkie zdania różną czcionką, czasami kolorowymi literkami. W środku pisma też jest taka układanka, różne kształty i kolory, poza tym pięknie pachnie, z tym właśnie zapachem kojarzy mi się nazwa - przekrój, i tak już zostanie na zawsze. Fryzjer pełen jest własnych zapachów, przede wszystkim panuje tu wytrawny, szorstki zapach trwałej, którą babcia przychodzi tu nałożyć. Jest to zapach stanowczy i dorosły, całkiem inny, niż filuterna woń szamponu, która też się unosi i miesza z fałszywie uwodzicielskim, lekko duszącym odorem lakieru, rozpylanego wprost na sztywne włosy. Zapach trwałej najbardziej z nich wszystkich lubię, bo jest najuczciwszy, nie próbuje niczego udawać. Wszystkie panie rozmawiają bez przerwy, opowiadają sobie o innych osobach: "Pani kochana, żeby pani wiedziała, co ta Halinka ma z tym Władkiem. On robi co chce, pieniędzy nie oddaje, ja się nie zdziwię, jak z jakąś babą się zadał, a ona nic, tylko czeka, nic mu nie chce powiedzieć, myśli, że się ustatkuje.” "To taki charakter, nic już z niego nie będzie, gdzie tam się ustatkuje, mowy nie ma.” Fryzjerki krzątają się po szarozielonym pomieszczeniu, układają fale, nawijają włosy na wałeczki, szczotkują, spryskują lakierem, błyskają w powietrzu nożyczkami. Od czasu do czasu też coś odpowiadają, najczęściej: No, no.”, "Co pani powie.” "Kto by pomyślał.”  U fryzjera siedzimy długo, ale jest ciekawie.

Co innego sklep, to prawdziwa kraina nudów. Wnętrze jest być może spore, ale nie mam poczucia konturów, ponieważ pełne jest nóg, żeńskich łydek, w pończochach i szarych płaszczach. To kłębowisko jakoś napiera na siebie, splata się ze sobą, później, gdy zobaczę Grupę Laokoona to jest moje odruchowe skojarzenie. Gdzieś w tym wszystkim pojawiają się siatki, wrażenie pilności, pośpiechu, ale jednocześnie rozwlekłości, bolesnej gniotliwości, jak w poczekalni u lekarza. Tam jednak jest w obfitości czarno-szara pustka przestrzeni, przecięta rządkiem krzeseł, na których siedzą ludzie. W sklepie pomieszczenie wypełnione jest nogami i wektorami ich przemieszania się, tylko w kąciku na parapecie, gdzie posadziła mnie babcia, jest jakiś prześwit - żółtawe światło wpada do środka, wymiatając wokół siebie trochę miejsca, lekko wirującym, mieniącym ruchem. Sklep jest czymś, co trzeba przeczekać, a dzięki temu powolnemu wirowi jest to możliwe.

Najbardziej mrocznym, fascynującym, ale jednocześnie niepokojącym miejscem jest magiel. Podobno kogoś tu zabiło, być może, że na klatce schodowej, która jest ciemna, głęboka, chłodna i przedziwnie wciągająca. Fascynują mnie pomalowane lekko błyszczącą olejną farbą na musztardowo drewniane schody, drewniane poręcze zaokrąglone od góry, przy wejściu na schody spuszczające jakby do uściśnięcia końcówki jak ciężkie, psie łapy. Balustradka zrobiona jest z dość gęsto uszeregowanych belek o wyraźnych kantach. Początek schodów zalany jest jasnym światłem słonecznym, które rozpromienia jasnoszarą fasadę, iskrzy się w małym szklanym izolatorze, na który nawinięte są kable od elektryczności. Jednak tuż po wejściu do środka mrok nagle spada na głowę, obezwładnia, otumania, jest to przerażające, ale jednocześnie dziwnie pociągające, tak samo jak głęboki, czarny i zarazem potężny odgłos dudnienia, który towarzyszy nam, kiedy wspinamy się po schodach. Pomieszczenie magla jest już poza strefą mroku, ale też jest posępne, pogrążone w gęstej szarości. Niezbyt duży pokój cały zajmuje ogromna machina, rytmicznie mieląca wielkim wałkiem wsuwane przez obsługującą ją postać fragmenty materiału. Nigdy potem nie trafia do mnie metafora o rozmowach z magla, bo nie pamiętam, by ktoś tu ważył się prowadzić beztroskie, niezwiązane z samym procesem maglowania, pogawędki. Wiedziałam, że to tylko kwestia czasu, aż podam maszynie moją rękę, tak jak podaje się jej jaśki i prześcieradła. Ona oczekiwała tego po mnie, wiedziała, że można na mnie liczyć. Nie doczekała tego momentu na jawie, magiel zamknięto i babcia zaczęła wozić swoje pranie do szarych bloków nieopodal fryzjera, ale ciemna maszyna nadal czeka w moich snach, na końcach splątanych ciasnych korytarzy, pod przykryciem czarnych piwnic i w zakamarkach urwanych schodów.

 

 

Dzieciaki

Na naszej ulicy jest dużo dzieci, głównie nieco starsi chłopcy. Bawią się prawie zawsze całą ferajną, robią bardzo ciekawe rzeczy: wchodzą na drzewa, jeżdżą czołgiem, toczą bitwy z Krzyżakami, wysadzają w powietrze komendę Gestapo, kradną jabłka od pana Bolka. Nie chcą, bym się przyłączyła do nich, nawet, kiedy dziadek zrobił dla mnie śliczny drewniany mieczyk, nie chcą się ze mną bić, trafiam w próżnię, po prostu odsuwają się na bok. Ale pozwalają, żebym kręciła się wokół i kibicowała, nie mają nic przeciwko temu, bym próbowała razem z nimi zgadywać, jaki leci samolot - i tak nigdy nikogo z nich nie wyprzedziłam. Za to pojedynczo są bardzo mili. Adaś pozwala mi karmić króle i pokazuje mi malutkie, ślepe jeszcze króliczki. Witek gra ze mną w lotki - rzucamy do celu narysowanego na drzwiach jego komórki i wydajemy przy tym artyleryjskie dźwięki: "iiiiąąąąą”.

Są też dwie dziewczynki, obie bardzo ciekawe: Gosia, która mieszka po drugiej stronie ulicy, kawałek przede mną i Agnieszka, która mieszka dalej, po tej samej stronie, prawie dochodząc do końca ulicy. Obie nie lubią się ze sobą i każda chce się ze mną namawiać na tę drugą, a ja zgadzam się i aktywnie biorę w tym obgadywaniu udział, bo lubię bardzo obie i chcę z nimi się bawić. Mam dzięki temu dwie koleżanki, choć trochę mi głupio, że tak nieuczciwie. Z Agnieszką bawię się najczęściej u niej, przygotowujemy z błota i zielska potrawy, polewamy deszczówką, wypiekamy na słońcu. Czasami bawimy się w sklep i wtedy ustawiamy w zepsutych skrzyniach różne niepotrzebne dorosłym rzeczy: stare durszlaki, dziurawe, potłuczone garnki, szmaty. Wszystko to jest nieskończenie ciekawe i atrakcyjne, pierwszej klasy towar, ja pani mówię, pani kochana, takiego garnuszka nie znajdzie pani w całej Warszawie! Płacimy powycinanymi z gazet pieniędzmi: tanio jak za barszcz, tylko 20 złoty, za taki towar! Obie często towarzyszymy dorosłym na targ, więc mamy wprawę w kupowaniu i sprzedawaniu, targujemy się i wymyślamy sobie: No wiesz pani, takiego talerzyka za taką cenę to nigdzie pani nie kupi, niech mnie kaktus na ręce wyrośnie, jak obniżę nawet o 5 groszy! Zwijaj się pani i szoruj stąd jak się pani nie podoba. Śmiejemy się przy tym do nieprzytomności, ubliżamy sobie i wczuwamy się w role, tym bardziej zwijamy się z radości, im bardziej absurdalne wymyślamy inwektywy: krowo pasiasta, ty krowo pasiasta, jak ci się nie podoba, to kup se okulary! Czasami podsłuchuje nas chłopak z sąsiedztwa i podśmiewa się z nas, paskudny, wtedy rzucamy w niego kulkami ulepionymi z błota. Kiedyś wpadamy na pomysł zabawy w groble - wykopuje się dołek w ziemi i sika do środka, a potem przysypuje wszystko cienką warstwą piasku. Pękamy ze śmiechu na myśl o tym, że ktoś wdeptuje w nasze obrzydliwe pułapki, opowiadamy sobie i odgrywamy takie scenki, oczywiście nie wchodząc naprawdę w podstępny kopczyk, udajemy różnych znanych nam ludzi z ulicy: wrzaskliwą ciotkę Agnieszki, rozbrykanych chłopaków, poważnego pana Morawskiego. Każdy idzie sobie ścieżką, jak gdyby nigdy nic, a tu nagle.! I wijemy się ze śmiechu, opisując jego zdziwioną i zniesmaczoną minę. W gruncie rzeczy jesteśmy jak koty, znaczące moczem granice swojego terytorium.

Z Gosią bawimy się w Indian. Jesteśmy obie w wieku fascynacji Winnetou, czytamy książkę i oglądamy serial w telewizji. Jesteśmy siostrami, córkami Słońca i na zmianę wodzami Apaczów, raz jedna, a raz - druga. Ja nazywam się Błękitny Wrzos, a Gośka - Czarna Błyskawica i mamy cudowne, najmądrzejsze na świecie konie - nasze rowery. Mój nazywa się Pegaz (nie widzę tego jako pomieszanie gatunków), a jej - też Czarna Błyskawica, bo to najlepsze indiańskie imię, jakie można sobie wyobrazić. Szalejemy na rowerach po całej okolicy, wypuszczamy się daleko, przez pola, aż na Forty, aż pod glinianki, po wertepach, błocie, po miedzach między rządkami kapusty, zjeżdżamy z górki bez trzymanki, popisujemy się jazdą na jednym kole. Nasze konie są mądre, ale i szalone, stają dęba, mówią "ihaaa”, a my czasami puszczamy cugle, bo przecież trzeba strzelać w pędzie z łuku. Wydajemy z siebie indiańskie odgłosy i dzielnie stawiamy czoła wrogom. Chłopaki i Agnieszka to kowboje, przejeżdżamy więc z wrzaskiem wojennym obok nich, potem opowiadamy sobie, jak mimo obstrzału i diabelskiego pościgu, jeszcze raz nie udało im się wygrać z Apaczami i jak, wściekli i posępni, odjechali do najbliższego baru schlać się jak wieprze. W ogóle często kowboje chlali jak wieprze w naszych opowieściach, to była ich reakcja na wszystko, co ich od nas spotykało, a potem leżeli w rowie i mogłyśmy tylko śmiać się z nich, bo na gniew nie zasługiwali. Spod kół, spod kopyt dobywa się dym, piaszczysta, lotna ziemia, wracamy do domu całe oblepione błotem, z piaskiem we włosach, z porwanymi portkami i pozdzieraną skórą z kolan, babcia wzdycha tylko i każe mi się natychmiast myć, "Nie wchodź tak do domu, naniesiesz błota, nogi czarne jak ziemia święta. To dziecko to odnoga od piekła.” Ale kiedy się doszoruję, nie gniewa się wcale i podsuwa kajzerkę z twarożkiem i rzodkiewką (lubię już jeść, najbardziej ze wszystkiego lubię skórki od chleba i bułki).

Potem Gośka przeprowadza się gdzieś daleko, kiedy przesiedlają drugą stronę ulicy. Mama Agnieszki próbuje odebrać sobie życie czadem - wszyscy boimy się czadu, dzieciaki opowiadają sobie straszne historie o zaczadzeniach, o nieuważnych ludziach i podstępnych piecach - specjalnie zamyka klapę w kuchence i razem z córką idzie spać. Babcia mówi, że to cud boski, że je uratowano. Ale od tej pory nie spotykam Agnieszki, jest jakby odległa, nieprzystępna, ruda brama do jej ogródka jest zawsze zamknięta.


Ulica

Ulica, gdy spotykam ją po raz pierwszy, pachnie intensywnie prochem, jest szara i sypka (gdy później czytam: pulvis, umbra, to wiem, że to właśnie o to chodzi, cień w prochu). Dotykam jej rękami. Nie jeździ po niej wiele samochodów, raczej rowery, chodzą też ludzie, mimo że są dla nich chodniki. Dorośli narzekają, mówią, że mogliby wyasfaltować tak jak sąsiednie. Kiedy tak się dzieje są zadowoleni. Asfalt jest miękki latem, jest płynącą bardzo powoli rzeką, ale nie jest już tak prawdziwy. Oprócz jezdni pośrodku są po obu stronach nieregularne, trawiaste rowy pełne spienionego zielska, a za rowami - szare chodniki. Płyty są kwadratowe, szorstkie, widać zatopione w nich kamyczki i ziarnka piasku. Spomiędzy nich tryskają pędy trawy, czasami mlecze, zielone babki. Zabawa w niedotykanie spojeń między płytkami chodnika pojawia się później, w Warszawie (tak się mówi, chociaż ulica też należy do Warszawy) - tutaj to spojenia są normą, a płyty wyjątkiem, są jak most pontonowy ułożony na powierzchni zielonego oceanu. Przy drodze stoją drewniane słupy elektryczne, w lecie są ciepłe i mszyste w dotyku, zimą są śliskie i odrobinę lepkie. Od tramwaju idzie się zawsze po naszej stronie ulicy. Na samym początku jest biały domek, taki, jakie stawia się z klocków, o regularnej bryle i stożkowatym czarnym dachu. Tu wszystkie dachy są czarne, kryte papą. Potem jest ciąg parkanów i siatek, zarośniętych zielskiem z jasnoróżowymi kwiatuszkami w kształcie dzwoneczków, albo kwitnącą fasolką. U nas sploty siatki obrasta fasolka jasio, bardzo ją lubię ze względu na nazwę, nasza kwitnie na biało i ma potem duże, masywne strąki, które razem z babcią zbieramy późnym latem. Ale są też ogrodzenia dziko porośnięte, ciasno omotane zielenią, która na jesieni przeistacza się w gęste brązowe włosie, czerniejące powoli, nabierające stałej konsystencji, i tylko w zimie nieco odsłaniające w pojawiających się prześwitach podwórka. Kawałek za kwadratowym domkiem mieszka pani Kasia, która jest bardzo leciwa i której ogródek przypomina gąszcz, przez który przedzieramy się czasami z babcią. Babcia przynosi pani Kasi cięższe zakupy, a później wysyła mnie samą. Mały domek przypomina fantastyczną grotę, trochę słabego światła dziennego pada tylko na idealnie białą twarz starszej pani, reszta wnętrza pogrążona jest w jakimś przedwiekowym mroku ciężkich sprzętów, zakurzonych zasłon, wybujałych roślin w doniczkach. Pod oknem stoi stara maszyna do szycia na pedał i z korbką (babcia też ma taką na strychu). Pani Kasia kiedyś była krawcową. Kilka domów dalej mieszka Adaś. U niego jest duży trawnik, na którym chłopaki rozgrywają mecze: Proszę państwa, przy piłce Cieślik, podanie do Lubańskiego, Lubański, strzał na bramkę, jeeest! Goooool! Proszę państwa, pięć do trzech dla reprezentacji Polski! Tuż przed nami mieszka Witek, jego dom to właściwie druga połowa naszego, jest taki sam, tylko wszystko tam jest odwrócone. Ogródek jest mniej kolorowy, jest tu mało kwiatów, za to po podwórku chodzą kury, kręcą głową i łypią okiem. Nasza siatka wyróżnia się spośród innych, nie tylko brakiem chwastów, ale tym, że jest zawsze odmalowana, a słupy, na których się opiera, mają fantazyjne, ażurowe kształty - są listwami, które pozostały po jakichś detalach, które wykrawają u dziadka w pracy. Furtka jest zielona, również ozdobiona szlifowanymi prętami i mimo, że jest ciągle oliwiona, wydaje charakterystyczny dźwięk, który jest trochę skrzypnięciem, a trochę okrzykiem zdziwienia. Z drugiej strony naszego domku mieszka pan Górecki ze swoją o trzydzieści lat młodszą żoną. Podobno jest strasznie bogaty, ale skąpy, dlatego żyje jak dziad, a pieniądze trzyma pod materacem. Sąsiadki mówią, że jego żona pochodzi ze wsi i wyszła za niego dlatego, że chciała mieć zameldowanie w Warszawie, a poza tym liczy na całe to jego bogactwo, gdy przyjdzie czas. U nich nie ma orzecha, są tylko jabłonki, porzeczki, grusze, śliwy i kolorowe kwiatki wzdłuż wyłożonych płytkami chodnikowymi ścieżek. Kawałek dalej mieszka pan Morawski, który nie ma dzieci, tak samo jak Góreccy, ale za to ma psa, piękną złocistą Dianę. U niego rośnie wiele orzechów, więc może wystarczy mieć psa, by mieć orzech? Jego ogródek zawsze sprawia wrażenie odświętne, wczasowe, a i sam właściciel rzadko widywany jest przy pracy. Częściej przechadza się przebrany w krótkie spodnie, woła psa, popija piwo. Za nim są pola z kapustą, a jeszcze dalej mieszka Agnieszka. Jej brama jest duża, zawsze lekko zardzewiała, pomarańczowa. Na samym końcu ulicy jest dom jej ciotki, który mnie fascynuje, ale zawsze, gdy się do niego zbliżamy, wybiega ciotka z twarzą wykrzywioną złością i krzyczy: wynocha stąd, jazda kurwy, bo nogi z dupy powyrywam. Wierzę, że dosłownie mogłaby to zrobić, panicznie się jej boję.

Druga strona ulicy to całkiem inna historia, ale tam też są ogródki i domki takie jak po naszej stronie, może więcej jest tam nieotynkowanych, ceglastoczerwonych.

Większość ludzi tu mieszkających to robotnicy albo chłoporobotnicy, trzymają często kury (babcia nie, bo okropnie brudzą), czasami świnie, są też i tacy, którzy mają konia. Niektórzy uprawiają pola, wszyscy mają ogródki z owocami i warzywami. Tylko kilka osób zajmuje się czymś innym: pan Morawski jest emerytem, pani Kasia jest staruszką (właśnie tak, nie mówi się, że jest emerytowaną krawcową, tylko staruszką), ktoś jest milicjantem, ktoś pracuje w sklepie. Na naszej ulicy mieszka też złodziej, recydywista, ale jest bardzo spokojny i nigdy się o nim nie słyszy. Aż do dnia, gdy kiedyś wracamy z babcią z wczasów i zastajemy cały domek wzburzony, szafki pootwierane, porozrzucane wokół, nastroszone rzeczy. Babcia tylko stoi i trzyma się za głowę. "No jak to? Przecież złodzieje nie okradają własnych sąsiadów”, wzdycha potem sąsiadka, gdy spotykają się przy siatce i obie smutno potrząsają głowami.

 


 

Kościół

Co niedzielę chodzimy tam z babcią, dziadek zostaje w domu: "Dla mnie najlepszy kościół to pola i lasy”. W święta jednak przyłącza się do nas, w Wielkanoc ubrany do figury, w szary wyprasowany garnitur, nie wchodzi jednak do środka, zostaje na ławeczce pod krzewami, które zaczynają już puszczać liście. Ja wtłaczam się w tłum, przeciskam między niedzielnie wystrojonymi ludźmi. Palta z kołnierzem z farbowanego lisa, z obowiązkowymi martwymi łapkami zwieszającymi się tragicznie po obu stronach szyi, wyprasowane w kant spodnie od garniturów, garsonki z grubej szarozielonej wełny lub krempliny, wszystko to silnie pachnie naftaliną i wilgocią. Właściwie to właśnie jest dominującym zapachem kościoła, niezależnie od pory roku, posiada jedynie swoje charakterystyczne odmiany. Wiosenny zapach jest przesycony naftaliną, ubrania świeżo wyjęte z zimowych szaf, trzymanych przez zimę w nieogrzewanych pomieszczeniach, często na strychu, jak u babci. Zapach zimowy jest intensywny, piżmowy, podszyty nutką czegoś korzennego, jakby dymu, albo może kadzidła. Zapach letni też jest ciemny, chłodny, ale bardziej przywodzi na myśl studnię, kojarzy się z zastałą wodą. Kościół nie jest duży, jest cały drewniany, proboszcz od zawsze zbiera na budowę dużego i nowoczesnego, apeluje do ludzi o hojne datki, bo przecież nie godzi się, byśmy modlili się w takim baraczku. Wysłużony, prosty jak okolica kościółek, przypomina swojego patrona, świętego Franciszka, którego przedstawiają rozwieszone górą obrazy. Na jednym z nich rozmawia z wilkiem, właściwie wygląda, jakby go o czymś przekonywał, wznosząc do góry krucyfiks i przyklękając lekko, jakby zaklinał się, albo przysięgał. Na innych ukazany jest otoczony ptakami, zdziwiony albo przerażony, wznoszący oczy do nieba, idący przez las, jakby się bardzo spieszył do pracy. Obrazy nie są bardzo udane, wyobrażenie świętego nie do końca zgodne z jego legendą, ale fascynują mnie, przyciągają uwagę swoją wieloznacznością, jakimś znaczeniowym zakręceniem. Dzięki nim jest się czym zająć podczas nieskończenie długiego nabożeństwa, fraz wygłaszanych monotonnym głosem, przepojonych jakby przyganą, w każdym razie dezaprobatą, możliwe, że wobec słuchających, a może wobec całego niezbornego świata, który kręci się po swojemu, na ogół bez żadnego związku z tym, co się tu dzieje. Na początku jestem zdana na żywioł wnętrza kościoła, czerpię go tak jak potrafię, stoję blisko bocznej nawy z upiornie uśmiechającą się, bladą matką boską, otoczoną intensywnie pachnącymi naręczami kwiatów, podświetloną od tyłu, co sprawia wrażenie, jakby postać lada chwila miała zejść ze swojego podium i wyjść ku nam, przylegających ciasno do barierki z ciemnego drewna. Później, gdy jestem starsza i mam już własny modlitewnik i zegarek, używam ich do obliczania ilości czasu, jaki zajmują poszczególne części i jaki to jest ułamek całości. Największą niewiadomą jest kazanie, czasami dłuższe, a czasami nieco krótsze, choć śpiewy też zakłócają precyzję moich obliczeń. W wolnych chwilach liczę inne rzeczy: balustradki przy barierce przed głównym ołtarzem, ilość krzeseł w pierwszym rzędzie (jest ich dwa razy mniej, niż balustradek, ma to na pewno kosmiczne przesłanie dla nas wszystkich). Fascynująca jest wielka gromnica stojąca po prawej stronie ołtarza, pali się bladym światłem, w połowie jej wysokości wbite są cztery czerwone kształty przypominające pompony. Jestem ciekawa, czy one też się palą, gdy płomień dochodzi do ich poziomu, ale nigdy nie widzę, jak to się dzieje. W pewnym momencie po prostu znikają. Pod ścianami stoją proste ławy, na których siedzą staruszki, ubrane w ciemne długie spódnice i chustki zakrywające całe włosy. Sprawiają wrażenie, jakby tam były zawsze, nie wchodzą nigdy, ani nie wychodzą, niektóre trzymają w dłoniach różańce i poruszają bezgłośnie ustami bez związku z tym, co akurat jest mówione (ksiądz mówi, czasami wyciągając samogłoski i niektóre dźwięki śpiewa, ludzie odpowiadają, zawsze tak samo, w takiej samej tonacji, kojarzącej się z wodą płynącą wartko, ale bez źródła i bez rytmu, nie z rzeką, ani z morzem, tylko z ulewnym deszczem, takim, o jakim babcia mówi, że leje jak z cebra, kiedy nie można odróżnić nie tylko pojedynczych kropel, ale nawet strug, woda wypełnia przestrzeń we wszystkich kierunkach na raz). Starsze panie śpiewają, ale coś całkiem innego, niż reszta ludzi w kościele. Mają ciche, smutne głosy, które dziwnie trafiają w serce, jakby powstrzymywały cały świat przed rozpadem, jakby od nich zależał strumień boskiej sprawiedliwości, który spłynie - albo nie - w naszym kierunku. Na łaskę nie ma już bowiem co liczyć.

Na zakończenie ksiądz śpiewa: Idźcie w pokoju, ofiara spełniona, a ludzie odpowiadają: Bogu niech będą dzięki. Jestem przekonana, że ludzie w ten sposób wyrażają swoją radość z tego, że już mogą iść. Wychodzą monotonnie śpiewając, gęstą przerywaną falą, rozpraszającą się i przyspieszającą za wielkimi drewnianymi drzwiami. Pod kościołem na stołeczku siedzi żebraczka, podobna do staruszek z przyściennych ławek w kościele, w takiej samej czarnej chustce i długiej spódnicy, kiwająca się miarowo i głośno modląca. Niektórzy ludzie wrzucają jej grosiki do kubeczka. Dalej, już za ogrodzeniem, siedzi pan, o którym mówi się: inwalida, z małym straganem, na którym leżą czarne gumowe główki diabła. Jedną z nich trzyma w ręce i miarowo ściska, co sprawia, że diabeł pokazuje długi, czerwony język. My przechodzimy obok, wyniedzielnieni, wyswobodzeni, sprężystym krokiem wracamy do domów, do programu telewizyjnego - zawsze jest coś ciekawego, na co czeka się cały tydzień, Kabaret Starszych Panów, W Starym Kinie, Stawiam na Tolka Banana. Gotowi do odetchnięcia, do przejęcia reszty dnia dla siebie, przy stołach, na kanapach, pobłogosławieni, rozgrzeszeni maszerujemy energicznie każde w swoją stronę. Nie widziałam, żeby ktoś się zatrzymywał przy panu inwalidzie, czy kupował od niego czarne główki. A diabeł rytmicznie wywala ozór.

Targ

Tak jak dziadek przy swoich narzędziach, tak babcia jest w swoim żywiole na targu. Zazwyczaj pełna energii, tutaj zdaje się być jej źródłem, jest na swoim miejscu w świecie, gdy siedzi na składanym stołeczku przed torbą pełną jabłek i przenośną wagą z mosiężnymi odważnikami. Wpierw towarzyszę jej na targ, bo jestem za mała, by mnie samą zostawiać w domu lub w ogródku, potem dlatego, bo lubię. Jedziemy więc razem: na Różyckiego, pod Halę Mirowską (Babcia mówi: Hale Mirowskie), za Żelazną Bramę (tu lubię najbardziej, ze względu na nazwę). Nie wiem, czemu babcia jeździ w różne miejsca, może dlatego, że tak się bardziej opłaca, a może lubi je wszystkie i nie może się zdecydować. Zazwyczaj rozbijamy się na chodniku przed wejściem na targ, są tam też inne kobiety, sprzedające warzywa, owoce i jajka. Wszystkie te panie sprawiają wrażenie, jakby świetnie się znały, opowiadają sobie o swoich życiowych problemach, rozmawiają o polityce: "Pani kochana, ten Gomułka to długo nie pociągnie, a to mu się handlarze nie podobają, a to rzemieślnicy, jak mu się nikt nie podoba, to jak może rządzić całym narodem, no niech pani sama powie?” Kobiety potakują, niektóre mają na głowie chusteczki, to te przyjeżdżające ze wsi, żeby sprzedawać jajka i sery; inne, jak moja babcia, noszą się z miejska, mają trwała ondulację, koki albo tapiry. Obok babci siedzą dwie pulchne, rumiane panie, szerokimi gestami zachęcają przechodniów do zakupu swojego towaru: "Niech pani popatrzy, jakie piękne jabłka, niech pani skosztuje, sam sok!” "Ale ja nie chcę soku, ja chcę jabłka”, odgryza się potencjalna klientka. Pomagam babci ważyć owoce i przekładać je do toreb kupujących. Trzeba to robić delikatnie, żeby się nie poobijały. Lubię podawać odważniki, mają małe główki i duży, walcowaty tułów. Duże są pociemniałe, chropowate, malutkie błyszczą metaliczną oliwkową żółcią. Sprzedajemy soczyste i pękate antonówki, lśniące ananasowe i papierówki, te najładniejsze, bez zgniłych plamek, mniejsze niż antonówki, troszkę jakby kanciaste i lekko matowe.

Chodnikowe sprzedawczynie siedzą pod drzewami, prześwieca przez liście delikatne zwiewne światło, splata się z drżącymi lekko cieniami i omiata szary chodnik, na którym rozstawione są towary i wagi. Pachnie tu miejską szarością, betonem i owocami. Czasami chodzę po bazarze, przypatruję się sprzedającym i kupującym z prawdziwych straganów, osłoniętych od deszczu i słońca, tu panuje zawsze tłok i powietrze pełne jest dźwięków: rozmów, pokrzykiwań, terkotu kółek wózków, na których sprzedający przewożą towar, na niektórych straganach gra radio, ten sam pierwszy program, więc cały bazar podaje sobie od straganu do straganu te same piosenki, ten sam hejnał z wieży Mariackiej, chóralna polifonia obejmuje całą przestrzeń jak zestaw sprzężonych, symultanicznych ech. Specjalne stragany sprzedają fasolkę po bretońsku, flaczki, piwo, po bazarze przechadza się pan z przewieszonym przez ramię białym pudłem, wołając: "Lody, lody, loody Bambino!”.  Ze straganów ześlizgują się góry oprószonych ziemią kartofli, zjeżdżają buńczuczne marchwie i chwackie pietruszki, gruba pani wyjmuje z beczki pachnącą chłodem i rześkim kwasem kiszoną kapustę i nakłada klientce do emaliowanej na niebiesko bańki z zaokrągloną drewnianą rączką.

Wracam do babci na chodnik. "Na ile te jabłuszka?”, "Kochaniutka, jak dla pani po dziewięć”, "Co pani! Za tyle to ja se w sklepie kupię!”, "W sklepie pani takich ślicznych, rumianych nie dostanie, złoto nie owoc, nie ma porównania.” Pani chyba nie jest aż tak oburzona ceną, bo bierze kilogram, babcia opuszcza do ośmiu złotych.

Czasami jeżdżę z Agnieszką i jej wujkiem na zieleniak. Kiedyś powstanie tam giełda samochodowa, początek końca naszej okolicy, pojawią się niekończące się sznury samochodów, wlokących za sobą sine spaliny, hałasujących i roztrącających na boki ludzi i rowery; potem zaczną powstawać hurtownie i warsztaty samochodowe, które w końcu opanują całkowicie wszystkie ogródki i przekształcą je w betonowe, blaszane, aroganckie rumowisko. Na razie zieleniak przyciąga chłopów z furmankami z pobliskich wsi i rzutkich ogrodników z żukami, takich jak wujek mojej koleżanki. Zieleniak jest dla hurtowników, nie dla takich chodnikowych sprzedawców jak babcia. Tu ładuje się kraty towaru prosto z żuka do żuka, małomówni mężczyźni z podkasanymi rękawami uzgadniają cenę w kilku urywanych zdaniach, potem zaczyna się przeładunek. Całość nie trwa długo, zaraz pozbywamy się wszystkich skrzynek, dorośli ładują je z powrotem do bagażnika, tym razem idzie im to dużo lżej i szybciej. Zabieramy się do środka, siadamy przycupnięte na odwróconych drewnianych skrzynkach. Żuk pokryty jest plandeką, w lecie jest w środku bardzo ciepło, ale duchota nie jest nieprzyjemna, powietrze pachnie intensywnie paliwem, gumą, drewnem i warszawską, piaszczystą ziemią. W czasie jazdy plandeka telepie się, przepompowując w środku gorące powietrze. Jazda nie trwa długo, zieleniak jest bardzo blisko, właściwie można tam spokojnie przejść pieszo, choć z całym towarem byłoby to oczywiście niemożliwe. "Wysiadka, dzieciaki!” wołają dorośli, sięgając po puste skrzynki.

Przez wiele lat myślałam, że znalazłam się na kierunku studiów zarządzanie jakimś diabelskim, złośliwym przypadkiem, że nie mam z tym nic wspólnego i pasowałabym o wiele bardziej na jakiejś filozofii, lingwistyce, kulturoznawstwie. Teraz rozumiem, że tu właśnie jest miejsce dla mnie, że moje zarządzanie to takie energiczne kobiety, jak moja babcia, tacy dziarscy mężczyźni, jak wujek Agnieszki, ludzie, którzy w różnych warunkach, w różnych czasach jakoś sobie radzą, nie czekając, aż ktoś im powie, co mają robić. Wychowana na bazarze, wierzę w człowieka, bo wiem, że rynek to nic innego, jak miejsce spotkań towarów, pieniędzy, wysiłku, ale przede wszystkim ludzi; to miejsce, gdzie nieznajomi nie walczą ze sobą, tylko rozmawiają i gdzie zawsze znajdą wspólny język.


 

Po wodę

Po wodę jeździ się do pompy, spory kawałek w kierunku na Włochy, najlepiej to robić na rowerze. Woda w okolicznych studniach nie nadaje się do picia. Dziadek ładuje na bagażnik roweru wielkie metalowe bańki, mnie sadza przed sobą na ramę i ruszamy w drogę: "Tylko trzymaj się mocno”.  Do babci, która patrzy na nas z niepokojem przy furtce mówi: "Nic się nie bój, Weronia, damy radę”. Trzymam się mocno, pęd powietrza gładzi moje czoło, mam ze sobą mojego ulubionego pluszowego zajączka. Nazywa się Burasek i mieści się w kieszeni. Po drodze robimy przerwę przy ciemnozielonej pękatej budce, gdzie dziadek kupuje dla siebie piwo, a dla mnie oranżadę w butelce z porcelanowym kapslem na druciku. Oranżada jest czerwona, słodka i drapie od niej w gardle. Oglądam kwiatki rosnące w rowie, są magiczne, nieprawdopodobnie piękne - mają twarde, płaskie listki jak wąskie tasiemki, są intensywnie pomarańczowe, ich główki leciutko wystają ponad mocną zieleń trawy. "To nagietki”, wyjaśnia dziadek i uśmiecha się tak, że wiem, że bardzo je lubi. Pod budką stoją oparci o wąską drewnianą ladę mężczyźni, piją piwo z puszystą pianką z grubych szklanych kufli. Kiedy pani podaje im kufel, piana spływa po ściankach, jakby z garnka z kipiącym mlekiem. Ale oni nie spieszą się, powoli podnoszą kufel do ust, potem zostają im wielkie białe wąsiska, które wycierają kantem dłoni. Pani w okienku jest ledwo widoczna, skryta w mroku, widać jej biały sweterek i dłonie, którymi wydaje piwo i przyjmuje pieniądze. Czasami oprócz oranżady ma dla mnie lizaka - kogucika na patyku w landrynkowym czerwonym kolorze. Nie zjadam go, tylko zawożę do domu i bawię się w ZOO. Oprócz zajączka i kogucików mam małą plastikową żyrafę, a inne zwierzęta to kolorowe drewniane klocki: niebieski to słoń, pomarańczowy to tygrys, a żółty - lew.

Dziadek kończy papierosa i wsiadamy znów na rower, jedziemy do pompy, która stoi przy ulicy wysadzanej krągłymi kamieniami. Teraz jedziemy po wąskim chodniku, po drodze się nie da, od jezdni oddziela nas rząd drzew, rzucających ażurowe cienie. Pompa jest duża, ciemnobrązowa, chłodna w dotyku. Uchwyt od bańki nakłada się na zakończoną dzióbkiem kolbę, metalową rączką z tyłu pompuje się wodę, która silnym strumieniem spływa do naczynia. Pachnie świeżością i wiatrem, dźwięk, na samym początku metaliczny, jak uderzenie młotem w kowadło, szybko zmienia się w coraz bardziej matowy, nasycony. Przy samym końcu jest całkiem płaski, wtedy trzeba przestać pompować, szkoda wody marnować, nawet pod pompą. Bańki są szczelne, można je położyć na bagażniku i mocno przytwierdzić do niego paskiem.

Czasami zamiast na ulicę z kocimi łbami jedziemy bliżej, na Leonidasa (później dowiadują się, kim był Leonidas i wcale mnie to nie dziwi, pasuje do wypraw po wodę z bańkami na bagażniku roweru), gdzie woda jest gorsza, bo bardzo twarda (fascynują mnie te określenia - woda może być twarda albo miękka, choć zawsze wygląda zarówno niesamowicie miękko, jak i twardo - faluje, dostosowuje się kształtem do naczynia, ale odbija niebo jak stal i nie można z niej lepić czego się chce, ma swój własny pomysł na kształt). Na Leonidasa jedzie się między polami, nie ma budki z piwem, nie ma drzew ani wielu domów. Jest świetlista prosta przestrzeń, zapach sypkiej, szarej ziemi, niebo, które wygląda jak wyblakłe i poszarpane chmury; jedziemy szybko przez ten idealnie płaski krajobraz, bez żadnego oporu, bez najmniejszej trudności.

Tak zdobyta woda jest oczywiście bardzo cenna i nie wolno jej marnować. Używa się jej tylko do gotowania, do wszystkich innych celów: mycia, prania, zmywania, służy deszczówka. Woda ze studni nadaje się tylko do podlewania ogródka. Wodę deszczową też szanujemy, zwłaszcza latem zdarza się, że jest jej mało. Zbiera się ją do wielkiej zielonej beczki pod domem. Pod rynną stoi emaliowana balia, z której przelewa się po deszczu wodę do beczki, przykrywanej pokrywką, że nie wpadł do niej kurz ani owady. Deszczówka kojarzy mi się z liśćmi, z trawą i z niebem, ma lekko żółtawy odcień i najpierw myje się w niej "górę”: twarz i górną część tułowia, a potem "dół”, na samym końcu stopy. Zużytą wodę wylewa się do kubła i można jeszcze podlać nią jabłonki.

Co czwartek jest pranie. Babcia wyprowadza do holu pralkę, w kształcie wąskiej, wysokiej, emaliowanej na biało balii. Jest pomalowana w poziome niebieskie pasy, między którymi umieszczony jest płaski, rozciągły napis Frania. Na górze balii jest wyżymaczka - dwa gumowe wałeczki w białej obudowie, między którymi, przy pomocy korbki, wyżyma się pranie. Z boku Frania ma niebieski gumowy wężyk do spuszczania wody. Jest elektryczna - sama podgrzewa nalaną do środka wodę, ma też silniczek, który obraca w środku pranie i wodę. Pralka wydaje przy tym z siebie głuchy, basowy i jednocześnie brzęczący dźwięk, rytmiczny jak mantra, kojarzący się z jeżdżącą w kółko po mieszkaniu kolejką ekade, ale bez przystanków i bez dzwoniących przejazdów, idealny obieg zamknięty, podróż do środka. Dzięki Frani dom zamyśla się sam nad sobą, pranie to jakby medytacja budynku, podczas której przechodzi w inny wymiar. Czy dom może doznać oświecenia? Pewnie tak, są domy przebudzone, które rozumieją, czym jest życie i próbują to powiedzieć ludziom, jeśli tylko chcą, jeśli umieją ich słuchać.

Woda po praniu jest idealna do mycia podłóg, więc babcia urządza teraz wielkie sprzątanie. Resztką wody szoruje schody i beton wylany pod domem od strony letniej kuchni. Robi to przy pomocy miotły splecionej z wiotkich, brązowych gałązek. Kiedy później czytam o buddyjskich mnichach, osiągających uważność umysłu przez zamiatanie, nie dziwi mnie to wcale, w każdy czwartek obserwowałam taki właśnie rytuał.


Druga strona ulicy

Po drugiej stronie ulicy mieszka Gosia z mamą. Mieszkają w małym domku z czerwonej cegły, w ich ogródku jest dużo krzaków i chaszczy. Znam też z widzenia pana Bolka, który ma sad i goni z kijem dzieci, szczególnie chłopaków, którzy stawiają sobie za punkt honoru, by ukraść od niego jabłko, choć takie same mają u siebie w domu.  Mieszka tam też pani Stefa, która handluje wódką. "Co to za kobieta jest, w tym wieku jej zależy na tych pieniądzach, po co jej to?”, mówi moja babcia do sąsiadki, a ta kiwa głową: "Ano tak, sąsiadko, schodzi się ciągle tałatajstwo, aż ją kto kiedy obrabuje, albo i zamorduje”. Przepowiednia nie sprawdza się, pewnego dnia okazuje się, że cała druga strona zostanie przesiedlona na nowe bloki. Podobno nasza strona kiedyś też ma się przenieść, mają tu budować jakieś wielkie zakłady i potrzebują dużo miejsca. Babcia nie wie, czy się martwić, czy cieszyć, w końcu bloki to bieżąca woda, ogrzewanie i święty spokój, ale z drugiej strony... Mama Gosi przychodzi się pożegnać, jest szczęśliwa, bo właśnie ta woda, to ogrzewanie, do sklepu trzy kroki, i szkoła niedaleko. Kilka tygodni później druga strona ulicy przedstawia widok osobliwy - nie ma żywego ducha, furtki pootwierane, domy rozprute jak stare poduszki, wysypujące się rzeczy, dziwnie  i jakoś wyuzdanie kolorowe wśród zieleni. Pierwsze, co robię to idę do sadu pana Bolka, wchodzę na najpiękniejszą jabłonkę i zrywam niedojrzałe jabłko. Zjadam kawałek, smakuje cierpko i jest bardzo twarde, resztę wyrzucam. Obejmuję gałąź, huśtam się jak małpa, macham nogami. Przechodzę z jednego końca sadu na drugi, dotykam krzewów i drzew, próbuję papierówek, które są już dobre, wreszcie rzucam zgniłkami w siatkę i wydaję dzikie okrzyki, gdy wybuchają, rozbryzgując się na brązową miazgę. Nikt nie przychodzi, by na mnie nakrzyczeć, nigdzie nie widać charakterystycznej, lekko pochylonej postaci z kijem. Orgia transgresji dość szybko mi się nudzi i jakoś bez satysfakcji wychodzę z sadu. Po chwili wracam i starannie zamykam furtkę.

Potem idę do Gosi, jeden bok domu jest wyburzony, zieje nieprzyzwoicie żółta ściana, brązowa drewniana podłoga, a na niej rozsiane są pisma i książki. Zafascynowana oglądam je, kartkuję stare zeszyty zapełnione pismem mojej koleżanki, w połowie rozwiązane krzyżówki, stosy Kobiety i Życia, czytam ostatnią stronę, bardzo lubię krótkie historyjki o wyczynach dzieci. "Krzyś (lat 6) jest u dentysty. Lekarz mówi: teraz wyjmę ci ząbek, ale nie bój się, nie będzie bolało. Na to Krzyś: "No pewnie, że się nie boję! Babcia co dzień na noc wyjmuje wszystkie zęby i wcale ją nie boli!”. Przeglądam książki, głównie stare podręczniki, ale są też kryminały z jamnikiem, żurnale mody sprzed wielu lat. Chodzę po tym, co pozostało z domu, ściany mają jaśniejsze plamy po meblach, które tu stały, w jednej tkwi kawałek pozostawionej rury od pieca, sam piec odsunięty na środek, z martwymi, rozwartymi drzwiczkami, wygląda wyjątkowo smutno i strasznie. Pachnie tu starzyzną, kurzem i odurzającym wnętrzem murów. Na schodach rozwleczone są jakieś części przedmiotów, oderwane ucho od czegoś, może od czajniczka, flakoniki po lakierze do paznokci, różowy stanik, wysypane podrdzewiałe szpilki z kolorowymi łebkami. To wszystko wygląda jak po włamaniu, tylko jeszcze spotęgowane jest niekompletnością ścian, właściwie jednej ściany - dom wygląda jak rozdarty przez jakieś zwierzę szczur, którego kiedyś oglądałyśmy z Gosią za polami. Wnętrzności - papiery i szmaty ciągną się jeszcze na zewnątrz, oplatają krzewy i drzewa.

Zaglądam też do innych domów, niektóre są całe, tylko puste w środku, prócz pozostawionych strzępów codzienności, cieni po życiu, które tam się toczyło. W jednym znajduję wyłożone na pozostawionym stole sztućce, jakby ktoś miał przyjść na obiad. Pod domami sterczą trzonki łopat i grabi nagle rozrzuconych, jak w grze w bierki, zieją pustką pootwierane kurniki, kiwają się na zawiasach drzwiczki do pustych gołębników. Buda, wywrócona zaokrąglonym wejściem do góry, wygląda jakby ktoś, może wielki mroczny zwierz, wygarnął łapą psa ze środka. Wiadro od studni urwało się z łańcucha, leży dnem do góry kawałek dalej, jakby upiło się tą wolnością i po pijacku zasnęło gdzieniebądź.

Chadzam na drugą stronę ulicy, zaglądam do opuszczonych domów, czytam opuszczone książki, bawię się opuszczonymi narzędziami w sklep. To czas, gdy bawię się sama, Gosia już tu nie mieszka, a Agnieszka nie otwiera furtki. Stopień dewastacji domów nie zmienia się właściwie, oprócz tego, że rzeczy powoli znikają, może ktoś je wybiera, może same wyciekają w świat, jak woda z dziurawej beczki. Znikają kawałki ogrodzenia, klamki, całe furtki. Tracę zainteresowanie poszarpanymi domami, ale zyskuję nową przestrzeń do eksploracji - w miejscu, gdzie były kiedyś pola teraz pojawiają się hałdy gliny, a pod nimi błotniste sadzawki, bardzo płytkie, po których cudownie jest chodzić na bosaka, błocko jest śliskie i miękkie, można się w nim ślizgać jak po śniegu, tyle, że jest ciepło. Gdy błoto wysycha robią się gliniane botki, które potem obsypują się z nogi.

Dziś nasza strona ulicy zmieniona została w ciąg blaszanych budek, hurtowni, warsztatów, wykastrowana z zieleni, zawieszona ochłapami reklam, rządzą nią samochody w całości i w częściach. Paradoksalnie druga strona ulicy została właściwie taka, jaką wtedy ją opuszczono. Do niektórych domów znów wprowadzili się ludzie, dziury w murach zabliźniły się czerwoną cegłą, po latach niemal identyczną jak ta stara. Sad pana Bolka, pozbawiony bramy i ogrodzenia, stoi nadal tak jak stał, jabłonki rodzą jabłka, które same ciężko spadają na ziemię, brązowieją i tryskają białymi kropkami pleśni, ukraszone jak wielkanocne pisanki.

 


 

Floksy, szałwia i porzeczki

Nasz ogródek jest najładniejszy na całej ulicy. Nie ma tu kartofli, kapusty, ani niczego, co przyciągałoby owady i brzydko pachniało, a przy wszystkich wykładanych płytkami chodnikowym ścieżkach rosną kwiaty. Pod samym domem rosną babci ulubione floksy, kiedy latem otworzy się lufcik, ich przejmujący, marzycielski zapach napływa do środka. Jest ich zawsze kilka odmian, liliowe, białe w pastelowe kropeczki, całe białe, jak świeżo wyprana w farbce pościel, purpurowe i fioletowe z czerwonymi środkami. Floksy to specjalny prezent od babci dla mnie, nasza magdalenka i list w butelce ponad czasem, ponad światami - dzięki nim zawsze mogę przywołać jej obecność, tę chwilę, gdy wieczorem wychodzi do ogródka i pochyla się nad nimi, nagle pogodna, odmłodzona, beztroska. Dalej jest trawnik z orzechem, a za nim chodnikowa dróżka prowadząca na ganek. Po drugiej stronie chodnika rosną ulubione kwiatki dziadka - krwistoczerwone szałwie. W słońcu płoną jak pasmo czarodziejskich ogników, magiczna kuchnia, z której pozdejmowano wszystkie fajerki. Od małego wiedziałam, że tak samo jak do ognia, nie wolno do nich wkładać ręki. Ich czerwień jest równie żywa, równie nieprzejednana. Dalej rosną drzewa: jabłonki, śliwa, grusza, wisienki, poprzeplatane rabatkami warzyw. Zielony koper, od zapachu którego mąci się w głowie i przychodzą pragnienia by skakać po zielonych łąkach - przemawia do jakiegoś pokładu zbiorowej nieświadomości, którą mamy wspólną ze źrebakami, kozami, królikami - sąsiaduje z figlarną marchewką, z zasadniczą pietruszką, sprężystym szczypiorkiem. Potem są pomidory, które wieczorami podlewamy z dziadkiem i które są połączeniem głębokiej, kosmatej zieleni i płomienistej, gładkiej czerwieni. Gdy podlewa się je wodą, oba żywioły łączą się na chwilę ze sobą, unicestwiają wzajemnie, jak materia i antymateria, i wydają przy tym ożywczy, wytrawny zapach, powodujący, tak jak haiku Basho, że dusza spotyka się z chwilą - przebudzenie uderza do głowy jak nagły poryw wiatru. Warzywa na kolację zbiera się prosto z krzaczka, gdy jestem trochę starsza i bardziej uważna, babcia wysyła mnie do ogródka po szczypiorek, po koperek, po pomidory. Pod wieczór pomidory nadal są gorące, przepełnione słońcem, które jest zebrane pod sprężystą skórką, podobnie jak w balii pod rynną zbiera się deszcz.

Za pomidorami zagęszczają się jabłonki, tu rosną te najlepsze, rodzące soczyste antonówki, pyzate ananasowe. Po ich chropawej korze łatwiej się wspinać, niż po gładkim orzechu, ich gałęzie są rozłożyste, mocne, wchodzę coraz wyżej - kiedy jestem mała sięgam tylko pierwszego rozgałęzienia, potem jak po szczeblach drabiny włażę tak wysoko, że patrzę w oczy zdziwionym wróblom, widzę wszystko z góry i wszystko jest takie samo, ale inne - doświadczenie magiczne, prawdziwie oświecające. Wiosną jabłonki kwitną na biało i bladoróżowo, to jest w jakiś sposób niepokojące, w tej słodyczy jest zgrzyt, który sprawia, że trzymam się wtedy od nich z daleka. Czasami z drzew spadają grube, włochate lichy, boję się ich, bo pojawiają się nagle i wyglądają, jakby czegoś szukały. Babcia tłumaczy mi, że kiedyś będą z nich śliczne motyle, tylko muszą się najeść odpowiednio dużo i dlatego pożerają naszym jabłonkom liście. Trzeba je wszystkie wytruć, a jeszcze lepiej wyzbierać do puszki i wynieść w zielsko za drogą. Któregoś dnia robimy z Agnieszką lichom wielką przeprowadzkę: "Jak się zmienicie w motyle to lećcie do Królowej Motyli i złóżcie jej od nas uszanowanie”. Powtarzamy z namaszczeniem tę formułkę, akcentując "uszanowanie”. Królowa Motyli jest dobrą wróżką i spełnia marzenia małych dziewczynek, trzeba jej tylko wysłać wiadomość i czekać cierpliwie, aż się ziści.

W samym końcu ogródka jest miejsce poziomek i porzeczek. Poziomki, białe i czerwone, są jasne, łagodne, mają delikatne listki i smukłe łodyżki i są jak dobre obietnice, sama wiara w nie przynosi ukojenie. Prawdziwą niesamowitością są porzeczki, których nieporządne i kłujące krzaczki latem przynoszą rzecz niezwykłą - alchemiczne pigułki światła. Są u nas trzy odmiany, tak jak być powinno, tak jak wymaga tego ceremonia: białe, pulsujące eteryczną jasnością, czerwone, świetliste, jarzące się wśród liści takim samym świętym blaskiem, jak światełko w kościele na ołtarzu, w słońcu wybuchające promieniście, i wreszcie czarne, które są skondensowanym cieniem, jednocześnie matowym i gorzkim. Trzeba je zjadać w określonej kolejności, w odpowiednim porządku, we właściwej ilości i wtedy zdarzy się cud. Eksperymentuję i staram się zapamiętać sekwencje jak wiersze: dwie czerwone, biała, znów czerwona, trzy czarne raz po raz i przerwa. Wierzę, że kiedyś uda mi się znaleźć ten jeden jedyny właściwy sposób, formułę, która coś sprawi, coś zmieni, ale nie wiem, co.

Którejś nocy w zimie śni mi się, że okazuje się, że w porzeczkowym krańcu ogródka czai się mroczna, posępna postać, pochylony mężczyzna bez twarzy, w ciemnym płaszczu, który nazywa się Sąk (choć przedstawia się Kąs) i topi dzieci w bagnie. Bagno jest ukryte między krzaczkami, nie zajmuje wiele miejsca na powierzchni, ale jest nieskończenie głębokie i ma niepowstrzymaną siłę wciągania. We śnie udaje mi się w porę to zauważyć dzięki blado świecącej przy ulicy lampie, której niepewne światło jednak ma siłę wywoływania cieni i to właśnie cień mężczyzny sprawia, że zauważam jego posępną obecność. Ponura sylwetka szybko znów wtapia się w noc, która żarzy się smolistą ciemnością i odbiera rzeczom ich kształty. Ten sen bardzo mnie porusza, piszę o nim opowiadania, nie mogę przestać o nim myśleć. Zaglądam między porzeczki o różnych porach dnia i wieczora i czekam na lato, bo czuję, że ich owoce, gdy przyjdą, wszystko naświetlą, wszystko wyjaśnią. Jednak wczesną wiosną dziadek, na życzenie mojego ojca, wycina krzaczki i wylewa tę część ogródka betonem, by miał gdzie parkować nowy samochód rodziców.

Pieniądze

W domu niczego się nie wyrzuca, dziury w ubraniu się ceruje, potem łata - zawsze przyda się przecież ubranie do kopania w ogródku - zepsuty odkurzacz sprzed wojny zanosi się do naprawy, zgniłe jabłka wrzuca do beczki z kompostem. Babcia o wszystko dba, zarządza, co zrobić z każdą rzeczą. Kiedy nie wiadomo, wynosi się na strych, bo może kiedyś się do czegoś przydać. Wyrzuca - w ostateczności; nie pamiętam by był u nas zwyczajny śmietnik, raczej, to co się da, pali się w piecu, a popiół rozrzuca pod jabłonkami. Stary chleb suszy się i oddaje panu Tomaszewskiemu dla konia. Kiedy, wyjątkowo, trzeba kawałek chleba wyrzucić do kompostu, bo spleśniał, babcia przedtem go całuje. Nic się nie marnuje, niczego nam nie potrzeba. Z wyjątkiem, rzecz jasna, jedzenia, opału, prasy. Kiedy jestem starsza, babcia wysyła mnie po zakupy na Łopuszańską. To nie jest daleko, trzeba przejść naszą ulicą do samego początku, a potem na drugą stronę większej ulicy. Tam jest sam spożywczy, mały, betonowy prostokąt, kryty eternitem. Nie jest szczególnie ciekawy, pachnie pyłem, chlebem i oranżadą w proszku. Tu kupuje się mleko, dwie litrowe butelki - jedna dla pani Kasi, jedna dla nas, chleb, dla nas cały, dla pani Kasi ćwiartka i czasami makaron albo kawałek sera. W małym samie nie ma dużo ludzi, nie ma kolejek, nie sprzedaje się tu wędliny ani żadnych innych atrakcyjnych towarów, tylko zwykłą codzienność. Obok jest kiosk Ruchu, obity pionowymi niebieskimi deskami. Po trzech stronach są okna, za którymi wyłożone są przeróżne cuda: książki, książeczki, pisma dla dzieci i dla dorosłych, plastikowe laleczki, układanki, zeszyty, kartki pocztowe, woda brzozowa, szampon tataro-chmielowy, kolorowe flamastry. Kiosk to prawdziwy róg obfitości, stragan cudowności, którego nie jest w stanie przebić później żaden nowoczesny sklep, żadne centrum handlowe, choć wszystkie one, jak głupie siostry Kopciuszka, stroją się i puszą, starając się przywołać tamto oczarowanie, wrażenie, że wypowiedziane zostało "stoliczku, nakryj się” i teraz wszystko jest, jest tak bardzo, że nie ma powodu, by sięgać po to ręką. Nie czuję ochoty ani potrzeby nic kupować, z wyjątkiem tego, o co prosiła babcia. Nad małą ladą jest okienko, które pani otwiera i wtedy wypływa na zewnątrz cudowny zapach świeżo zadrukowanego papieru, jeden z najczulszych, najpiękniejszych zapachów na świecie. Kiedy idę po zakupy, dostaję w garść monety, wystarczą na mleko, chleb, prasę dla nas wszystkich: Express Wieczorny dla Babci, Przegląd Sportowy dla dziadka, dla mnie Świerszczyk albo Świat Młodych, i, rzecz jasna, dziadkowe papierosy. Pani wydaje resztę z cięższych dwudziestozłotówek: dużą lekką piątkę z rybakiem, mniejsze dwójki z liśćmi i owocami, które wyglądają jak porzeczki, proste złotówki i malutkie grosiki. Czasami zdarzy się pięciogroszówka, dwójki i jedynki są coraz rzadsze,  w końcu stają się unikatami, babcia mówi, że mogę sobie wziąć na pamiątkę. Całą resztę oddaję, nawet nie przeliczając. Bywa, że babcia wysyła mnie dalej, na pocztę przy ulicy z tramwajami. Mieści się w jednym z uczciwych, szarych warszawskich budynków, bez żadnego stylu, takiego, jakie dotąd spotkać można na Pradze - bryła w kształcie pudełka, gładkie ściany, drewniane drzwi i porcelanowe izolatory, na których kiedyś zawinięte były przewody elektryczne. Wchodzi się po schodkach do wnętrza, które przepełnione jest stateczną, ale przyjazną szarością. To jest szarość stabilna, ciepła, przerywana kolorowymi akcentami wystawionych przy okienkach znaczków. Wysyłam listy zwykłą pocztą, nie ma potrzeby, by je słać poleconym, czy ekspresem. Babcia to umiarkowanie, gospodarność.

Dziadek to hojność, szeroki gest. "On mi całą pensję oddaje, i premię. Ale jak robi nadgodziny, to ja nawet nie wiem, ile tego jest, wszystko idzie na kolegów”, opowiada babcia sąsiadce, nie wiem, czy z  żalem, czy może trochę z podziwem. Wydaje na kolegów, wydaje na mnie, wydaje na żebrzące cygańskie dziecko, zaprasza mnie do kawiarni na lody, sam bierze piwo, a potem zostawia pani kelnerce napiwek, "na czekoladkę”, taki, że pani różowi się pod grubą warstwą makijażu. W popularne imieniny, takie jak Władysława, czy Henryka, stawia kolegom po pracy wódkę i wraca do domu pijany. Nic nie mówi, myje ręce i twarz i idzie natychmiast spać. Babcia za to mówi bezustannie, wypomina, pokrzykuje. Dziadek odzywa się dopiero następnego dnia: "Aleś mnie wykłóciła, Weroniu”. Babcia i dziadek rzadko się kłócą, za to często babcia kłóci dziadka. Na ogół za jego pański gest, za to, że podżyrował koledze, który nawalił (robi potem nadgodziny przez długi czas, by wszystko spłacić bez potrącania z pensji), że kuzynowi ze wsi oddał swój nowy rower ("Po co mi? Stary jeszcze dobry, a na wsi mają gorsze drogi”). Kiedy kupuje mi piłkę, nie patrzy na cenę, patrzy na moją minę. Kiedy jedzie na bazar po krawat, wraca z jedwabnym, jak z żurnala, babcia załamuje ręce, "Na co ci, Jasiu, taki krawat? Do ślubu się wybierasz, czy co?”. Mnie co jakiś czas wsuwa do ręki dwudziestozłotówkę: "Tylko nic nie mów matce”. Zgodnie z jego życzeniem nie mówię nic "matce”, czyli babci, chowam je wszystkie do pudełka. Są ciekawe, bo jest sporo różnych: z poważnym Kopernikiem, podobnym do Czesława Niemena, z Chopinem, który ma rozwiany włos i przypomina Indianina, z Marią Konopnicką, która wygląda na niezadowoloną, mam nawet jedną z warszawskimi wieżowcami. Zbieram to wszystko tak jak chłopaki zbierają znaczki, bo nie wiem, na co mogłoby mi się przydać. Pewnego razu w szóstej klasie zabieram moją kolekcję do szkoły i płacę sama za wycieczkę, na którą wybieramy się do Oblęgorka. Nie dlatego, że tak muszę, nawet nie, żeby mi na tej wycieczce szczególnie zależało, po prostu nic innego nie przychodzi mi do głowy.


Dzień i noc

W dzień nasza ulica jest miastem. Miastem niezwykłym, miastem-ogrodem, miastem zbudowanym tymczasowo na wzburzonym oceanie zielska, ale jednak miastem. Rządzi nią wtedy rytm miasta, choć nie tak dosłownie, jak w Centrum, nie tak bezlitośnie. Robotnicy wstają bardzo rano i jadą do pracy; dziadek najwcześniej, bo jeździ do pracy daleko, aż za Plac Szembeka. Później, jeśli jest lato, kobiety wychodzą pielęgnować ogródki, karmić kury i gołębie. Jeszcze trochę później dzieci wybiegają do szkoły, a w wakacje - do sklepu, albo grać w piłkę. Po jezdni śmigają rowery, samochody, telepie się furmanka pana Tomaszewskiego. Nad głowami przelatują samoloty, za polami dźwięczy sygnał na przejeździe kolejowym, w oddali miasto dyszy i drży, przyczajone i czujne. Po południu rozlegają się syreny na fajrant, dźwięk, jak trąba Gabriela, wznosi się nad ulicami, nad polami, triumfalnie i promiennie. Mężczyźni zaczynają wracać do domów, pachnących od furtki ogórkową, rosołem, kotletem mielonym, tłuczonymi kartoflami. Na obiad zbiegają się wszyscy, u nas później, niż w innych domach, bo z Szembeka droga daleka. Po jedzeniu jest czas na czytanie gazety, książki, na naprawy i jeżdżenie z bańkami po wodę. Gdy zapada zmierzch w ogródkach podlewa się kwiaty i warzywa, to czas, gdy coś zaczyna się zmieniać, gdy równowaga zaczyna przechylać się w inną stronę. Zapachy śmiało wysuwają się na pierwszy plan, pachną pomidory, floksy, maciejka. Samoloty mruczą łagodnie przed snem, pojedyncze samochody przemykają pospiesznie pod domami. Zapada ciemność i nasza ulica staje się wsią. Mrok wycisza domy i ludzi, milkną ptaki. Przestrzeń nocy przejmują dla siebie psy, jak skomplikowany telegraf podają sobie ton z ogródka do ogródka, głos niesie się daleko, dalej, niż kolejka, która co jakiś czas w poprzek wypełnia noc. Niektórzy ludzie trzymają psy uwiązane, ale na noc puszczają je luzem. Wszystkie psy nocą są równe, i Misiek pana Góreckiego, którego świat, w czasie dnia, ograniczony jest do ciasnego wybiegu pod domem, i stary Burek pana Tomaszewskiego, który uwiązany jest łańcuchem do budy aż do wieczora, i Diana pana Morawskiego, która mieszka razem z nim w domu i, jak mówią sąsiadki, wyleguje się na kanapach. Wszystkie psy rządzą w nocy swoim ogródkiem, wyznaczają wciąż na nowo granice, obiegając dookoła ogrodzenie, które tak naprawdę jest nietrwałe, bo wzniesione przez człowieka z kruchej materii. Tylko psy naprawdę wiedzą, ile wysiłku i przekonania trzeba, by utrzymać przestrzeń w ryzach, zapobiec, by wystąpił  z brzegów zielony ocean i pochłonął wszystko i wszystkich, razem z psimi budami i ludzkimi domami. Zimą psy stają się wilcze, w ich nocnych nawoływaniach pojawia się ostry ton przestrzeni pamiętającej czasy sprzed lotniska, sprzed ogródków, orzechów i domków, wobec której i miasto i wieś są równie przypadkowe, tak samo bez znaczenia. Psy czują jej obecność, rozdarte między lojalnością wobec ogródków i ludzi, a tą prawdą, która płynie w ich żyłach i która, wiedzą to, jest silniejsza, niż wszystko i nie ma sensu z nią walczyć, ani wytyczać jej granic.

Wieczory w domu to gra w karty przy stole: w remika lub w tysiąca. Kiedy jestem bardzo mała, tylko obserwuję, potem biorę udział i babcia dopisuje mnie do nieskończenie długich tabelek z punktami, bo gramy na pieniądze, na grosze, i potrzeba wielu stron w zeszycie, by uzbierało się kilkadziesiąt złotych do oddania albo do wzięcia. Dziadek ma szczęście, idzie mu karta, dochodzą potrzebne sekwencje i trójki i "zamyka nas ze wszystkimi”, wykładając wszystko w jednym ruchu. Karty są mocno zużyte, wytarte, mają żółte i zielone koszulki z girlandami i kolorowe postaci figur, które dawno zdążyły spłowieć. Do gry zdejmowany jest koronkowy biały obrus, zamiast niego na stole leży cerata, na którą nie trzeba uważać; jest biała, we wzorki spłowiałe tak samo, jak karty. W czwartki oglądamy Kobrę i Pegaza. Biała kobra wije się po ekranie i łypie na nas złowieszczo, a może figlarnie. Zapowiada sztuki kryminalne, czasami w odcinkach -  czeka się na nie przez cały tydzień i dopóki nie przyjdzie czwartek, nie wiadomo, kto zabił i czy zbrodniarz zostanie schwytany. Pegaz pokazuje różnych ludzi kultury i ich dzieła, szczególnie babcia lubi ten program. W czwartki jest też najlepsza dobranocka - Bolek i Lolek; chłopcy jadą pociągiem w rytm najbardziej wakacyjnej melodii, obiecującej beztroskę i przygody. Zawsze żal, że odcinek tak szybko się kończy, trzeba czekać cały tydzień na następny, a w międzyczasie pocieszać się Jackiem i Agatką, gąską Balbinką i misiem Uszatkiem.

Potem gaśnie telewizor i idziemy spać. Wtedy przychodzi czas zegara i cieni. Duży zegar ścienny z wahadłem, nakręcany płaskim kluczem, głośno cyka i wybija godziny: pełne i połowy. W lecie włączają się w jego rytm cienie liści orzecha, przedstawiając obrazy i słowa pisane szyfrem, opowiadają razem z zegarem historie. O wróblich rodzinach, mieszkających za rynną, o ich przyjaźniach, rozczarowaniach i radościach, o tym, jak rodzą się jajek małe, a potem rosną, uczą się latać i któregoś dnia muszą poszukać sobie innej rynny i innego orzecha. O Królowej Motyli, która mieszka na wysokiej górze i bardzo chciałaby wszystkim pomóc, ale nie wie, czego komu potrzeba - z wysoka wszyscy wyglądają tak samo, a ich sprawy i zmartwienia są nie do zrozumienia. O tramwaju, który pewnego razu znudził się jeżdżeniem w te i z powrotem, stale po tej samej trasie i któregoś dnia wymyka się z toru, daje susa w ulice, zygzakiem przejeżdża między samochodami, pędzi dalej, aż do końca asfaltowych jezdni, rusza żwirową drogą między polami, wreszcie wpada w łąki, srebrzyste, spienione suchymi trawami. Pod kruchą powierzchnią wzbiera wzburzony zielony ocean, bez granic, bez końca.


CPN

Pewnego dnia odkrywam cały nowy świat w zasięgu ręki, tak jakby otworzyły się drzwi w miejscu, gdzie nie spodziewałam się ich zastać i za nimi roztoczyły się nieistniejące dotąd przestrzenie. Tuż za kioskiem Ruchu, niedaleko sklepu, za budynkiem z napisem CPN, budynkiem z dziwnym, okrągłym oknem, jest prawdziwy gąszcz, a w nim ukryte są zagadkowe tory kolejowe, znikające w gęstwinie. Bawię się w detektywa, rozpracowuję szajkę złodziei, którzy okradają okolicznych ludzi. Są bezwzględni i bardzo sprytni, mają przemyślny plan, więc nikt nie jest w stanie wyśledzić ich kwatery. Moi informatorzy zdradzili mi, że bandyci szykują się teraz na majątek pana Góreckiego. Postanawiam ich uprzedzić i tropię ich wytrwale, bez zmrużenia oka, już od tygodnia depczę im po piętach, ale oni zawsze wyprzedzają moje ruchy jakby o jeden krok. Tym razem wiem, że złapałam właściwy ślad, wiem, że już mi nie uciekną. Zabieram rewolwer, wkładam ciemne okulary, wyruszam w drogę, zdeterminowana, by raczej nie wracać wcale, aniżeli miałabym wrócić z pustymi rękami. I znajduję się tu, w miejscu, które jest tak blisko, a ja nie miałam pojęcia o jego istnieniu, nigdy nie zaniosły mnie tu moje liczne wyprawy piesze, ani rowerowe, choć to tylko dwa kroki od zwykłych, wychodzonych tak dobrze i wybawionych tras. Doznaję dziwnego uczucia, jakby jednocześnie triumfu i podziwu, zaskoczenia i uniesienia. Nie tracę jednak niepotrzebnie czasu na stanie z rozdziawioną szczęką, podążam śladem nikczemnych rabusiów, którzy gdzieś tutaj przecież muszą mieć swoją kryjówkę. Wchodzę na drzewo i rozglądam się z góry na okolicę, starając się ani na moment nie tracić czujności. Roślinność tutaj jest inna, niż ta, do której jestem przyzwyczajona - przeważa zieleń ciemna, prawie czarna, zionąca z głębi gąszczu gałęzi i liści. Pojedyncze drzewa, takie jak to, na którym siedzę, nie są orzechami ani jabłonkami, to drzewa o grubych, mocnych liściach i szorstkiej, ciemnoszarej korze. Siedzę dobrze ukryta w zagłębieniu między gałęziami, ze wszystkich stron zasłania mnie cienisty woal. Wokół plenią się rozczochrane krzaki, kędzierzawe krzewy, wybujałe chwasty. Środkiem biegną tory, bardzo wąskie, węższe, niż te od kolejki WKD, która kiedyś nazywała się ekadką. Również spomiędzy torów tryska ciemna, zuchwała zieleń, nie wygląda to na zbyt często używaną drogę przejazdu. I właśnie tędy, wiem to na pewno, przejechali bandyci swoją drezyną, wioząc łup i dynamit, który ma im posłużyć do wysadzenia w powietrze szafy pancernej, którą pan Górecki trzyma w piwnicy. Wieźli też pętka kiełbasy skradzione w mięsnym. Milicja dziwiła się, czemu ukradziono tylko zwyczajną, a nie, na przykład, szynkę lub baleron, ale ja wiem dokładnie, dlaczego. Jasne jest, że złodzieje zamierzają nafaszerować kiełbasę środkami nasennymi i nakarmić nią Miśka. Baleronu by nie tknął, nigdy nie widział na oczy, biedaczysko, i mógłby być podejrzliwy. Ale kiełbasę zna, czasami podrzucam mu kawałek, jak nikt nie patrzy. Więc sprawa jest jasna. Zeskakuję z drzewa i czujnie podążam śladem bandytów. Kłujące krzaki chwytają mnie za łydki, przedzieram się przez pokrzywy i wysokie sztywne trawy. Skradam się między wysokimi łodygami, zwieńczonymi kosmatymi żółtymi drażetkami kwiatów. I nagle widzę przed sobą budynek, ukryty wśród tego buszu, to do niego prowadzą tory. Jest duży, szary, niejednoznaczny kształtem, niektóre z szyb w oknach są potłuczone, wszystkie zieją szarą pustką i opuszczeniem. Światło słoneczne dochodzi tu jakby przefiltrowane przez hipnotyczną niemal szarość tego miejsca, wszystko jest matowe, całkowicie nieruchome, cisza, która unosi się tutaj jest jak dym, jak płaszcz, jak stary dobry znajomy, który wychodzi mi naprzeciw, ale ja nie mogę przypomnieć sobie jego imienia. Z wnętrza wydobywa się, a raczej sugeruje swoje istnienie popielaty kurz, to jego zapach osnuwa to miejsce, przepaja i wzywa, w szarym blasku widać, jak powoli iskrzy się i opada, jak w ogromnej fantastycznej klepsydrze. Stoję długo bez ruchu, nie podchodzę bliżej. Wreszcie schylam się, podnoszę kamień i rzucam w jedną z niestłuczonych jeszcze szyb, a potem odwracam się szybko i uciekam. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam.

Jest sierpień i już niedługo włożę na siebie po raz pierwszy niebieskie jeansy i pójdę drogą wzdłuż krzewów z malutkimi różowymi kwiatkami do domu przy warszawskim podwórku, gdzie mieszka moja koleżanka Basia. Tam po raz pierwszy usłyszę Kashmir Zeppelinów i obudzi się moja dusza. Muzyka, jakby wydobywająca się z głębi czasu i przestrzeni, z miejsca, gdzie, siedząc na wzgórzu, po raz pierwszy jeden człowiek opowiadał drugiemu niesamowitą opowieść o ludziach i bogach, o stworzeniu świata i wszystkim, co było przedtem; ta muzyka będzie wezwaniem nieodpartym, czymś, co rezonować będzie z moją wewnętrzną prawdą. Jeszcze trochę później wybierzemy się z klasą na wycieczkę do Zachęty i spadnę ze schodów. Będziemy iść, i nagle poczuję dziwne łaskotanie w kostkach, stopy zawisną w powietrzu na jeden jedyny, przedziwny moment, właściwie będzie to wrażenie pomiędzy objawieniem a bólem, całkowicie nieprzygotowana na nie, bez rozeznania i wprawy, będę się przez chwilę wahać, jakbym nie mogła się zdecydować, czy spadam, czy lecę. Przez jeden moment nie będzie między tymi stanami żądnej różnicy, będą ze sobą spojone, tożsame. A potem spadnę na sam dół. Beznadziejnie, bezpowrotnie zakocham się w koledze z klasy, a może w jego aniele stróżu?

Ale na razie jest sierpień. Biegnę naszą ulicą, mijam kwadratowy dom, obrośnięte dzwoneczkami siatki, pusty dom pani Kasi, opuszczony, zasmucony ogród, przeskakuję z chodnikowej wyspy na drugą, po prawej pieje kogut pani sąsiadki, po lewej, w bezpańskim sadzie, wróble w zbiorowej ekstazie śpiewają lato, tak dobrze, jak tylko umieją, furgoczą w orzechu, wachlują się liśćmi.

 


 

Rzeczy

"Bierz wszystko do serca”, pisze Gareth Evans : "słowa/ chleb/ dziecko sięgające po prawdy poza progiem /. ludzi w pokoju ludzi na ulicy ludzi/ bierz wszystko do serca.” Światło na progu, bruzdy cieni, wydeptane wgłębienie pod stopą. Wejść do środka, ciemność wprowadzi, szepnie podłoga. Każdy gest, każdy krok, to, co blisko i to, co daleko, całe światy obecne tak wytrwale, tak mocno, że bez nich nie sposób wyobrazić sobie własnego istnienia. Potem nagle ich nie ma, i nigdy nie było, nie zostaje po nich nawet puste miejsce; wzrok i ręka trafiają na inny, oczywisty świat. Nie powrócą nigdy, tak samo, jak my nie wracamy; nie zbudują ich ręce, ani oczy, nie odtworzą z fragmentów, z pamiątek, bo nie ma ich w tym. One wciąż, tak jak my, podróżują, z jednej przestrzeni ulotnej do innej. Są tylko o tyle, o ile zdołaliśmy je wziąć do serca. Z nasion świateł, cieni, zapachów i smaków rozwija się cały świat, gdy go wzywać, gdy mówić do niego słowami, zwrotami, długimi zdaniami. Słowa są jak woda, do podlewania nasion wziętych do serca.

Może jest tak, jak zgaduje Rilke, że jesteśmy tu po to, by rzeczy nazywać, "by powiedzieć: dom, /most, studnia, brama, dzbanek, /owocowe drzewo, okno...”. Te rzeczy - zwykłe, które wśród nas żyją, są w naszych dotknięciach, spojrzeniach, istnieją tak mocno, choć nawet od nas są kruchsze. To je warto nazywać, mówić o nich. Najpiękniejsze są rzeczy uczciwie, bliskie sercu - te nieudające nieśmiertelności, nie pyszniące się sobą: kantem niepokalanym, gładkością bez skazy, kątem najprostszym, lecz rzeczy zużyte, towarzysze w mijaniu. Te rzeczy tak dotykane, widziane, wdychane, że stają się częścią tętna - nie łupiny, nie maski, tylko tego, co w środku, czego pojąć sami nie możemy. Rzeczy, dzięki którym nasze słowa znajdą punkt oparcia, rzeczy nieuchronne, nieczekające na wdzięczność, te są najwierniejsze.

Takie rzeczy kiedyś miałam szczęście znać i rozumieć. Dziś nic z nich nie zostało, prócz kredensu, kilku sztuk filiżanek ze ślubnej zastawy babci i dziadka, białych w różowe kwiatki, prócz blaszanego kubeczka i noża. Nie ma ich, aż nie zostaną nazwane, wezwane, wtedy zaczną kiełkować, rosną, wyplatają ze środka i siebie, i mnie. Rzeczy wzięte do serca.

Jest lampa na ganku, smukła, mleczno-biała. Kształtem przypomina dzwoneczki, drobne kwiatki oplatające siatki ogródków. Lampa zalotna, oświetlająca beton i schody. Gdy wieje wiatr, gładzi przez szybę szarymi cieniami ściany.

Jest stare radio, w kształcie skrzynki, ma jasną, drewnianą oprawę. Jego klawisze są sprężyste w dotyku, fali szuka się gałką z bakelitu. Radio ma z przodu taflę, ciemną, przejrzystą, gdzie zielony pulsik ślizga się po nazwach różnych krajów i miast. Wtedy radio szumi, wybiera się stację: Londyn, Paryż, Warszawa, program pierwszy i drugi. Z boku ćmi blade, zielone światełko. To dioda.

Jest stolik pod kwiatki, który zrobiliśmy z dziadkiem. Na półce na dole można postawić popielniczkę, położyć książkę, na górze stoi doniczka. Rośnie w niej trawiasta, rozwichrzona roślina, żwawo, co lato puszcza wiotkie pędy, a na ich końcach kępki w tym samym kształcie, co ona, takie miniaturki samej siebie.

Jest obrus biały, koronkowy, odświętny, wydziergany szydełkiem przez ciocię. Ma kształt promienisty, kolisty, od środka biegną osie i oczka jak łzy. Leży na dużym stole w pokoju, a na środku stoi wazon z kryształu. Jest poszarzały, zgaszony, lecz w środku ma wybuch peonii. Pachną jak oberki, ich zapach ogarnia cały dom. Obok kwiatów stoi popielniczka, a w środku niej leży paczka papierosów Sport.

Jest zasłona w pikasy, wypłowiała, lecz pełna kształtów, szmerów, kolorów. To ona zapowiada Kandinsky’ego, Paula Klee. Kiedy potem spotykam ich, wiem, jak się dzieją. Zasłona powiewa lekko, bo zawsze od okna jest cug. Latem lufcik otwarty, fruną kształty, kolory, ćwierkot, frunie granica tego, co w środku i na zewnątrz.

Jest piwnica, z okienkiem przy ganku, przez nie wrzuca się węgiel łopatą. Gdy się schodzi na dół po przetwory lub jabłka, przez okienko przemyka się światło, przytłumione. Lepiej jednak zapalić żarówkę, jest zbyt ciemno, by się dało odnaleźć bez trudu to, czego się szuka. Pachnie tu mrokiem i zimnym węglem i pleśnią. Półka ze sczerniałego, szorstkiego drewna dźwiga rządki słoików, a w nich: mus jabłkowy, twarde, kwaśne ogórki, pomidory i chrzan. Jest też dżem, śliwki w occie, i ćwikła, można brać, co się chce, wszystko jest.

Jest piec z różowymi kaflami, ciepły, miły. Można stać przy nim blisko, przytulić się w zimie, można piec gładzić, jest dobry. Drzwiczki ma malowane srebrną farbą, zamyka się je płaską rączką na haczyk. Jesienią na piecu leży taca z grzybami, które susząc się, pachną tak jak ognisko. Kiedy będą całkiem suche, jak kora, powędrują na górę, na szafę.

Jest zielona konewka, ciężka z wygiętą rączką. Ma zaokrąglone, matowe boki. Wlewa się do niej deszczówkę od góry. Krzaczki się podlewa pełną strugą, blisko ziemi. Ale kwiatki się zrasza ostrożnie, wartki strumień je rani. Trzeba włożyć na koniec konewki sitko, ono wodę rozproszy w deszcz.

Jest kubek, biały, brzuchaty, malowany w niebieskie polne kwiatki, które z czasem straciły swą ostrość. Zgubił ucho, jego brzeżek lekko wykruszony, obiegają go łagodne, opływowe kanty. Kubek stoi na małym okienku do holu. Dziadek lubi najbardziej pić z niego herbatę, chłodną, lekko gorzkawą. Kubek czeka.

Wreszcie, gdy wszystko już się wyplecie, wysnuje, kiedy ziści się w kształtach, kolorach, w środku zostaje rzecz jedna, ostatnia - szum skrzydeł.

 

Hold everything dear, Gareth Evans.

Dziewiąta elegia, Rainer Maria Rilke (tłum. Mieczysław Jastrun).

Back

Back to Index